Malgorzata Zajac
Mon, 21 Feb 2000 02:49:59 -0800
Wszystkim znajomym i nieznajomym dziekuje za listy, ktore w duzej ilosci
(w tej chwili juz ponad 40 sztuk) naplynely doslownie z calego swiata w
spra-
wie Montelupich, Auschwitz itp. Listy przekaze dziadkowi, ktory obiecal,
ze na kazdy odpowie (za moim posrednictwem). Jednoczesnie przepraszam
za zmiane kolejnosci poszczegolnych czesci (odcinek wyslany jako trzeci po-
winien byc chronologicznie szostym, a ten ponizej piatym), poczatkowo chcia-
lam wyslac tylko okolo 5 czesci. Teraz wyglada na to, ze trzeba bedzie przy-
gotowac dwa razy tyle.
Malgorzata
-o-o-o-
Wolno plynely wiezienne dni i noce. Panowal glod, paczek przychodzilo
niewiele, nie wiadomo w jaki sposob udawalo sie niektorym rodzinom
dostarczac je na Montelupich. Juz po wojnie dowiedzialem sie, ze moj
ojciec wielokrotnie przychodzil pod wiezienie i prosil wachmanow o
przyjecie paczki dla syna. Czasem sie to udawalo i paczke odbierano.
Moj ojciec! Z rozrzewnieniem go wspominam. Prosty czlowiek, pracujacy
wiele lat jako konduktor w krakowskich tramwajach. Spokojny, pracowity,
stale czynny. Czlowiek, na ktorym mozna bylo polegac, ktory nigdy nie
zawiodl. W czasie pierwszej wojny byl ranny i dostal sie do niewoli
rosyjskiej. Wyladowal na Sybirze. Po wybuchu rewolucji udalo mu sie
przebyc trudna powrotna droge przez plonaca Rosje i Ukraine spod Omska
az do Krakowa. Wszystko to nie pozostalo bez wplywu na jego zdrowie.
Po moim aresztowaniu poszedl do dyrektora Kabelwerku Bohmego z prosba
o interwencje w mojej sprawie. Niemiec sprawdziwszy, ze lezy ona w
gestii gestapo, rozwial wszelka nadzieje. Pozostawalo wiec tylko wy-
stawanie na Montelupich. Niestety przezycia obu wojen, zwlaszcza
drugiej - udzial dwojga dzieci w konspiracji, oplacony ukrywaniem
sie przed gestapo, wiezieniem i obozem koncentracyjnym - podkopaly
zdrowie ojca. Zmarl w koncu grudnia 1943 roku, nie doczekawszy sie
mojego powrotu. [...]
W laboratorium chemicznym Kabelwerku pracowalem od jesieni 1940 roku.
Poznalem tam dobrane towarzystwo. Kierownikiem laboratorium i oddzia-
lu bakelitu byl inz.Kazimierz Szadkowski, specjalista od zywic termo-
utwardzalnych. Pracowali tam mlodzi technicy: Staszek Matyszkowicz,
Wiesiek Sledz, Ludwik Lysek oraz starszy juz wiekiem pan Godyn.
W laboratorium zatrudniano tez Zyda, doktora chemii, Ignacego Nussen-
bauma. Mnie wlasnie przydzielono do wspolpracy z doktorem Nussenbau-
mem, ktoremu niemieckie wladze daly do rozpracowania temat: "Zywica
mieszana na bazie fenolu i mocznika". Doktor przez dluzszy czas pra-
cowal w swej specjalnosci w USA w Bekacite Corporation Delaware,
a potem w Wiedniu. Stalymi goscmi w laboratorium bywali mgr Kubiczek
i dr Mnich. Lepszych warunkow dla zdobycia praktyki w zawodzie i po-
szerzenia wiadomosci fachowych nie moglem sobie wowczas wymarzyc.
Wysokiej rangi specjalisci w dziedzinie zywic i gumy, wspaniala biblio-
teka naukowa, stosunki miedzyludzkie i kolezenskie rzadko spotykane.
Duzo sie tam nauczylem i duzo tym ludziom zawdzieczam. [...]
W celi na Montelupich zawartoscia paczek dzielili sie miedzy soba ci,
ktorzy blizej zzyli sie z soba. Trudno bylo wszystkich obdzielic.
W celi przebywalo stale od szesnastu do osiemnastu wiezniow. Bywali
jednak i tacy, ktorzy zawartosc paczki zjadali sami, nie dzielac sie
z nikim. Paczki byly zreszta czesto okradane przed dostarczeniem do
celi, najlepsze rzeczy zabierali esesmani przy kontroli, czesc zabie-
rali arbeiterzy. Wiezniowie stwierdzali to, porownujac zawartosc paczki
ze spisem sprytnie przyklejonym do kartonu. Spisy luzne ginely razem
z czescia produktow. Nigdy nie ginely proste produkty zywnosciowe:
suchy chleb, czy ser z cebula, a zwlaszcza z czosnkiem.
Jeden raz w tygodniu przychodzil fryzjer. Byl to jeden z arbeiterow,
ktory golil wiezniow. Wizyta fryzjera byla zawsze oczekiwana w celi,
poniewaz mogl on przyniesc jakies nowosci ze swiata, z toczacych sie
walk, stale byl nagabywany o to, co slychac w wiezieniu, co dalej
z wojna, kiedy koniec? Nie zawsze i nie we wszystkich celach chcial
fryzjer na te tematy rozmawiac. Zapamietalem wybuch radosci w celi
150, kiedy gdzies w drugiej polowie sierpnia fryzjer przyniosl wia-
domosc, ze alianci wyladowali w Normandii, w rejonie Dieppe. Co to
byla za radosc, wszyscy cieszyli sie, ze juz niedlugo, ze wnet be-
dzie koniec. Ale radosc trwala niestety krotko. Rozwial ja najblizszy
zugang, ktory wiedzial z nasluchu radia londynskiego, ze byla to
tylko niewielka proba; Niemcy nie omieszkali rozbebnic jej udaremnie-
nia jako nowego wielkiego zwyciestwa.
Fryzjer rozmawial najczesciej na tematy wiezienne. Od niego dowiady-
walismy sie, jakie przezwiska nosza poszczegolni wachmani, czym sie
odznaczaja, czego nalezy unikac i wystrzegac sie w zetknieciu z kaz-
dym z nich. Od fryzjera dowiedzielismy sie, ze Willi (Wilhelm All-
kamper) to kat i specjalista od rozwalek na weglu, reka nigdy mu
nie zadrzy, ze Elegancik, nazywany w celi 150 Beduinem ze wzgledu
na podobienstwo do Araba, nie bije, chyba ze musi, ze Bauer (gruby
Bawarczyk) jest dosc wyrozumialy, ze Jarociniak to kawal swoloczy.
[...]
Wszystkie nowiny i wypowiedzi roznie byly interpretowane w celach.
Bo w celach siedzieli rozni ludzie. Inteligenci i ludzie prosci,
wiezniowie o bogatym zyciorysie i zwykli zjadacze chleba, spokojni
i nerwowi, palacy i niepalacy. Byli to ludzie o roznych swiatopo-
gladach, wiekszosc z nich stanowili wierzacy i praktykujacy. Niko-
mu w celi nie przeszkadzalo, ze jeden sie modli, a drugi nie, ze
jedni modla sie wspolnie glosno czy wspolnie spiewaja polglosem
piesni religijne. Chciales, mogles sie przylaczyc, nie chciales
lub w danej chwili nie miales ochoty, nikt cie do niczego nie zmu-
szal, panowala tolerancja. W duzych celach tworzyly sie grupki
wiezniow o podobnych zainteresowaniach.[...]
Noce bywaly koszmarne. Przy duzym stanie osobowym w celi panowal
okropny zaduch i smrod mimo otwartych okien. Plaga byly pluskwy.
W nocy wychodzily na zer. Rano stwierdzalismy, ze nasza skora jest
pokryta plackami po ukaszeniach tych insektow. [...] Walka z plus-
kwami byla bardzo trudna, prawie ze niemozliwa.
Przecietnie raz na miesiac przychodzily z koszem do celi dwie mlode
wiezniarki i oddawaly uprana bielizne, a odbieraly brudna. Sznur-
kiem przywiazywaly do niej kartke z nazwiskiem wieznia i numerem
celi. Byly to jedyne kobiety, ktore widzialem z bliska na Monte-
lupich. Twarze mialy blade, smutne, nie usmiechaly sie prawie nigdy.
Przypominaly nam nasze siostry czy sympatie, a wspomnienia te czesto
rozdrapywaly zasklepione w psychice mezczyzn rany, burzyly niech-
cacy ich spokoj wewnetrzny, ustalony szara codziennoscia i glodem.
Pewnego dnia do naszej celi wepchnieto czlowieka w kolejarskim
mundurze. Okazalo sie, ze byl to kolejarz z Suchej, ktorego sprawa
byla bardzo ciezka. Aresztowano go pod zarzutem sabotazu. Niedawno
ktos ograbil wagon pociagu skierowanego na front wschodni. Wagon
zawieral miedzy innymi materialy opatrunkowe dla rannych. Czesc
zawartosci rozgrabiono, reszte zniszczono. Sprawa byla wiec bardzo
powazna. Nikt w celi nie wiedzial, czy kolejarzowi udowodniono
wspoludzial w sabotazu, czy tez niedopilnowanie obowiazkow. On sam
nic na ten temat nie mowil. Mial okolo 30 lat.
Wreszcie ktoregos dnia zabrano go rano z celi na rozprawe do wiezie-
nia Swietego Michala. Wrocil poznym popoludniem, ale niestety juz
w kajdanach na nogach. Wszyscy bylismy przerazeni, ale nie smielismy
pytac co sie stalo. Sam zaczal mowic. Wyrokiem sadu specjalnego
zostal skazany za sabotaz na kare smierci przez powieszenie. Byl
do tego stopnia roztrzesiony, ze jeszcze nie doszla do jego swia-
domosci groza polozenia. Z jednej kieszeni spodni wyjal kilka pude-
lek papierosow, a z drugiej oryginalna pollitrowke czystej. Podali
mu to znajomi lub tez ktos z rodziny.
Poczatkowo nikt nie chcial tknac wodki, wszyscy byli zdania, ze po-
winien ja sobie zostawic, wypic sam, aby moc na chwile zapomniec.
Ale on kazal porozlewac kazdemu i w ten sposob w celi 150 na Monte
pito w 1942 roku wodke. Papierosy palili wszyscy palacze. Nawet
wowczas nie bardzo zwazano na dym.
Skazany bardzo zle spal przez kilka kolejnych nocy. Caly czas myslal
o tym, jakie sa jeszcze dla niego szanse ratunku. Ludzil sie, ze
moze ulaskawi go gubernator Frank. Rodzina miala taka prosbe na rece
Franka skierowac. Jeden z wiezniow potwierdzil te mozliwosc, ponie-
waz slyszal o takim przypadku. Skazany miotal sie miedzy dwiema
skrajnosciami jak ryba w sieci. Z jednej strony nadzieja na ulaska-
wienie, z drugiej szubienica. Wszyscy bylismy szalenie podenerwowani,
ale nikt nie potrafil nic pomoc ani poradzic. Staralismy sie go
pocieszac, jak umielismy. Na czwarty czy piaty dzien wyprowadzono
kolejarza na korytarz, zdjeto mu nawet kajdany i gdzies go wywie-
ziono. Dowiedzielismy sie potem, ze zostal stracony w wiezieniu
Swietego Michala.
Za pare dni wywolano na transport Staszka Golke. Utracilem przyja-
ciela. Poznalem go w celi zaraz po moim tam przybyciu i zaprzyjaznilem
sie z nim od razu. Byl studentem Akademii Gorniczej i mielismy duzo
wspolnych tematow. Staszek mial dobre rozeznanie w sprawach wieziennych.
"Pamietaj", mowil wtedy, "jestes studentem, byles w organizacji, wiec
nie ludz sie, czeka cie tak samo Oswiecim, jak i mnie. Jesli przypadkiem
wiesz lub domyslasz sie, co gestapo moze o tobie wiedziec, to lepiej.
Najwyzej mozesz sie do tego przyznac, ale nigdy do sprawy gardlowej,
na przyklad do broni, o ile cie z nia nie nakryli. Jednego ci nie
wolno: ani oskarzac drugich, bo ci to i tak nic nie pomoze, ani tez
wsypywac nowych. Chocby cie mieli zatluc. Jak cie beda bili, staraj
sie o tym nie myslec, mysl o czyms innym, modl sie, jeslis wierzacy.
Nic sie nie boj, czlowiek moze duzo zniesc. Ja przez blisko miesiac
nie moglem siedziec i robiono mi oklady".
Po zabraniu Staszka zapomnialem nawet o codziennej gimnastyce w celi.
Wiesci z frontow tez nie byly wtedy pocieszajace. Ale nigdy dlugo
nie poddawalem sie depresji. Gleboka wiara, ktora zawdzieczalem
matce, pozwalala mi zwalczac wszelkie zwatpienia, odpedzac zle mysli.
Bylem bity, bylem glodny, osamotniony, nie wiedzialem co sie dzieje
z rodzina, ale nie zwatpilem nigdy.
W czasie dlugotrwalego pobytu na Montelupich jednym z bardziej
dreczacych dla mej psychiki problemow byl, obok ustawicznego zagro-
zenia, brak jakichkolwiek wiadomosci z domu. Czy wszyscy zyja, czy
sa zdrowi, czy kogos nie aresztowano? Pytania wywolujace niepokoj,
nie pozwalajace na spokojny sen w nocy. Przeciez nie pozwalano
pisac listow do domu, grypsy w moich warunkach nie wchodzily w ra-
chube, a o widzeniach nie bylo co marzyc. Taki przypadek, ze Maniek
Wrobel, nasz sasiad, dostal sie do tej samej celi w duzym wiezieniu,
graniczyl z cudem.
Staralem sie wprawdzie wczesniej porozumiec z rodzina w dosc specy-
ficzny sposob, ale nic z tego nie wyszlo. Przez pewien czas, zreszta
bardzo krotki, dostawalismy przez RGO mleko od rodzin. Mleko w litro-
wych butelkach dostarczala na Monte ciotka Zazulowa. W domu naklejano
na nich papierowe nalepki, na ktorych bylo wypisane imie i nazwisko
wieznia. Straznicy zezwalali na pozostawienie tego mleka przez kilka
godzin w celi, a po wypiciu arbeiterzy zabierali oproznione butelki.
Liczylem na to, ze dla oszczednosci i zgodnie z zasada "Ordnung muss
sein", puste butelki sa oddawane przez RGO rodzinom do ponownego
napelnienia za tydzien.
W domu adresowala etykiety moja mlodsza siostra. Po kilku miesiacach
pobytu w wiezieniu chcialem sie dowiedziec, czy jeszcze zyja i czy
sa na wolnosci moi rodzice, starsza siostra i szwagier. Chcialem,
zeby kazde z nich wypisywalo kolejno moje imie i nazwisko na nalepce.
Znalem przeciez dobrze charaktery ich pisma. W zwiazku z tym kawale-
czkiem zyletki, skrzetnie przechowywanej w celi, ucinalem jeden rog
papierowej etykiety i szpilka nakluwalem ponizej slowa: mama, tatus,
itd.
Niestety nie domyslono sie w domu, w jakim celu to robie. Wszystkie
nalepki podpisywala nadal mlodsza siostra. Juz po wojnie dowiedzia-
lem sie, ze zwrocili uwage na uciete rogi, odczytali wyklute szpil-
ka slowa, ale nie wpadli na to, o co mi chodzilo. Sadzili, ze w ten
sposob przesylam pozdrowienia. Mieli zreszta mase klopotow w zyciu
codziennym. Nie znajdowali sie jednak nigdy w polozeniu wieznia
Montelupich i dlatego nie mogli domyslic sie i zrozumiec moich
rozterek i niepokojow.
Nie wiedzialem nic, ani tez nie moglem sie dowiedziec, co dzieje
sie z kolegami z organizacji. Dowiedzialem sie tylko od jednego
z kiblarzy, ze Tadka Zajaca zwolniono. Az wreszcie pewnego dnia
przyszli do celi nowi, a miedzy nimi mlody chlopak, Maniek Wrobel,
ktory mieszkal przy tej samej ulicy co ja. Od niego dowiedzialem
sie, ze koledzy zostali wywiezieni do Oswiecimia, pisali juz listy
z obozu. Zdziwilem sie: "dlaczego mnie nie wywieziono? No tak,
pewnie dlatego", myslalem, "ze nie zlapali jeszcze komendanta,
a mnie trzymaja w wiezieniu dla konfrontacji. To jest prawdopodobne,
ale czy pewne? Daj Boze, zeby Jozek szczesliwie uciekal do konca
wojny. Na pewno wojuje juz w partyzantce".[...]
W tym okresie zaprzyjaznilem sie z goralem Bertusiem Sterczula z
Olczy. Dziwilem sie, ze ten mlody silny mezczyzna potrafi spac ca-
lymi dniami, jest jakis nieruchawy i malomowny. Nikt w celi nie
wiedzial, za co wlasciwie Bertus siedzi. Podobnie spokojny, nigdy
nie zabierajacy glosu, byl drugi goral. Nazywal sie Konowal i byl
zdaje sie Lemkiem, mieszkal gdzies za Krynica. Oskarzono go o komu-
nizm. Przed kilkunastu laty wyemigrowal do Ameryki i wrocil do
domu przed sama wojna. Widocznie po przetarciu sie za oceanem mial
inny poglad na swiat niz sasiedzi, i to spowodowalo, ze musial sie
znalezc w wiezieniu. Ale kto tam zna cala prawde?[...]
W celi bylo dwoch ludzi, ktorzy odrozniali sie zdecydowanie od po-
zostalych. Jednym z nich byl wojt gminy Mucharz kolo Wadowic, Leonard
Wadolny, a drugim ksiadz Ryszka z klasztoru kolo Kalwarii. Prawdo-
podobnie siedzieli w tej samej sprawie. Wadolnego, ktory mial okolo
60 lat, nazywalismy Dziadkiem. Robil wrazenie typowego przywodcy
chlopskiego. Spokojny, rozwazny, inteligentny, nigdy sie nie unosil,
nigdy nie skarzyl, nigdy nie podnosil glosu. Czesto godzil zwasnionych
wiezniow. Przez caly dzien chodzil po celi z rozancem w reku, badz
maszerujac spiewal cicho godzinki lub inne piesni koscielne.
Mial ciezka sprawe. Jako wojt w Mucharzu wydal lewe papiery jakiemus
Slazakowi, ktory uciekl do GG, chroniac sie przed poborem do wojska
niemieckiego. Delikwenta zlapali Niemcy i w sledztwie wyszlo na jaw,
ze to Dziadek wystawil te dokumenty. Domyslalismy sie, nie wiem czy
prawidlowo, ze wydal papiery na prosbe ksiedza Ryszki.
Inaczej niz wiezniowie polityczni zachowywali sie w celi wiezniowie
kryminalni, szczegolnie recydywisci, ktorzy chcieliby, aby na Monte-
lupich zapanowaly zwyczaje znane im z przedwojennych pobytow w ciupie.
Chcieliby, zeby ich klika zlozona z kilku cwaniakow podporzadkowala
sobie pozostalych, okradala ich przy dzieleniu porcji, wyslugiwala
sie nimi przy wszelkiego rodzaju pracach. Na przeszkodzie stanela
jednak przewaga liczebna politycznych, ich wyzszosc intelektualna,
znajomosc jezyka niemieckiego i wyniesione z domu normy wspolzycia.
Niektorzy z kryminalnych adaptowali sie szybko do pozostalych. Sta-
nowili dla inteligencikow niewyczerpana kopalnie wiadomosci ze swiata,
ktorego podstawe zycia stanowilo lamanie siodmego przykazania.[...]
Jedno moge stwierdzic, mianowicie, ze w okresie mego pobytu w celi
150 zaden kryminalista nie wyszedl na wolnosc.[...]
W celach nie lubiano okresu zastoju, to znaczy czasu, w ktorym nie
bylo zugangow i nie bylo wiadomo co sie dzieje w swiecie i co nowego
z wojna.[...] Ja czytalem od deski do deski wszystkie gazety czy
strzepy gazet z opakowan paczek. Staralem sie zawsze wyczytac cos
miedzy wierszami, cos, co mogloby mnie i kolegow podniesc na duchu
i utrwalic przekonanie, ze Niemcy musza te wojne przegrac. Przeko-
nanie to mialo jakies nieracjonalne przeslanki, nie mialo oparcia
w faktach, ale trwalo. Niemcy szli na wschodzie ciagle naprzod.
Dotarli do Kaukazu i wyszli nad Wolge w Stalingradzie.[...]
O normalnie praktykowanych w innych wiezieniach spacerach na swiezym
powietrzu nie bylo wowczas w 1942 roku na Montelupich mowy. Masowo
uprawiano wiec marsze wokol celi. Robilismy to w naszej celi na zmiane,
poniewaz nie bylo dosyc miejsca, a ponadto ludzie szybko sie meczyli.
[..] Dopiero wiosna 1943 roku po zmianie komendanta wiezienia wprowa-
dzono kilkunastominutowa gimnastyke na dziedzincu wiezienia.
-----
- Mieczyslaw Zajac: "Powrot niepozadany", Wydawnictwo Literackie,
Krakow, 1986.