Witam szanowne grono,

Właściwie jedno mi się nasuwa - czy po każdej imprezie właściwie bez
znaczenia większej czy mniejszej i jaką miała rangę będzie następowało
publiczne pranie brudów?

Jakoś tak przypominam sobie (z trudem, bo dawno w terenia nie byłam),
jak razu jednego kolega postanowił gazem komandorką rozorać podjazd na
trialu w Pułtusku przez co ja jadąc po nim pozbyłam się półośki co
zmusiło mnie do wycofania się z dalszej rywalizacji, a po pierwszym dniu
byłam jakoś dziwnie wysoko klasyfikowana. Druga rzeczą, która kojarzy mi
się z tym samym człowiekiem tym razem w roli komandora rajdu (albo
jakiejś innej figury) w Rykach, gdzie na moją delikatną sugestię, że na
130 startujących samochodów szansę w błocie (czasówka) ma 20 pierwszych,
a reszta walczy o przetrwanie usłyszałam - żebym się nie wtrącała tylko
piwa napiła - czekałam na odcinku jedyne 4,5 h na swoją kolej. Wycofałam
się z rywalizacji - nie widziałam sensu dalszego handryczenia. Jakiś rok
temu mój za chwilę mąż zaparł się kupić mi samochód jedynie słuszny -
odmówiłam. Powiedziałam, że wolę zostać teoretykiem, czytaczem listy niż
wrócić do światka obrażających się jak dzieci- myślałam dorosłych
myślałam mężczyzn.

Od czasu kiedy nie jeżdżę wiele się zmieniło - nie zmieniło się jedno -
nadal panuje burdel, organizatorzy są na bani i mają w głębokim
poważaniu uczestnika.

Boli tylko jak dwoje przed chwilą przyjaciół skacze sobie do oczu nie
wiadomo po jaką cholerę. Ale jak nie wiadomo, o co chodzi to pewnie
chodzi o kasę.


madzia.

PS. Do Michała Reja: jajecznicę się smaży - nie gotuje.



Odpowiedź listem elektroniczym