...ktoremu ufam...
Wyruszyc mielismy o piatej po poludniu. Kupilam bilet tylko w jedna strone,
zupelne grosze, ale kto wie, jak dlugo tam zostane, czy zechce wracac ta
sama droga, kiedy, czym? Dzien ostatni Jakarty spedzilam na zwiedzaniu
najbiedniejszych dzielnic, bajaj wiozl mnie przez cieniste dzielnice, male
uliczki bez bruku, pod domami rynsztoki, gdzieniegdzie swiatynia pelna
kobiet, dziesiatki butow ustawionych przed wejsciem i monotonny spiew
dochodzacy ze srodka. Domy ocienione szerokolistnymi palmami, nieliczni
przechodnie patrza na mnie ze zdziwieniem: coz tu robi ta biala kobieta?
Szukam duszy, szukam siebie, odnajduje zagubione, porwane nitki i wiaze je
w supelki. Czy zwiaze je dosc mocno, by juz nigdy nie mogly sie rozerwac? I
ciezko mi i lekko zarazem. Jestem tu, chcialam tu byc, dazylam do tego by
sie tu znalezc. Spaceruje wiec po obcym-nieobcym miescie, ucze sie go,
odkrywam nieodkryte, zaslyszane, brzeczace w pamieci. Mimo ze to tylko
ulamek chwili, mimo ze juz jutro mnie tu nie bedzie, rozumiem coraz lepiej,
zapada we mnie widok ubogich warsztatow stolarskich, smiesznych malych
sklepikow, walesajacych sie po ulicy domowych zwierzat. Zapamietuje ludzi,
spalonych sloncem starcow, czarnowlose dziewczyny, kobiety o dojrzalych
biodrach...
Wracam do miasta, kierowca nie rozumie po angielsku, pokazuje mu mape, aha,
kiwa potakujaco glowa, tak wszystko wie, rozumie, zna to miejsce, Jalan
Jaksa znane jest wszystkim. Juz za chwile szeroka Fatmawati podazamy ku
miastu. Jeszcze zatrzymam sie na moment w chinskiej zatloczonej dzielnicy.
Potracana przez przechodniow, zagladam w bramy domow-sklepow. Chinska
dziewczyna rzuca mi sie na szyje, ma wilgotne, dopiero co umyte wlosy i
smieszna pizame w misie. Usmiecha sie naiwnie pieknymi bialymi zebami.
"Zabierzesz mnie ze soba?" - pyta. Potem dotyka reka mojej twarzy, jakby
byla niewidoma, chyba chce mnie lepiej zapamietac. Jakos dusi mnie w
gardle, mala chinska dziewczyna nie wie nawet, co mnie do niej przywiodlo.
Musze juz isc, juz pozno, za chwile odjedzie moj mikrobus do Yogya.
Rozgladam sie niecierpliwie za taksowka , za bajaj - cokolwiek, byle
szybciej. Jak spod ziemi wyrasta chlopak - efeb, czarne wlosy i czarne
oczy, wlosy przyciete nad ramionami, drobna ale mocna sylwetka. "dokad
chcesz jechac? Jalan Jaksa? Zaraz..." i wola kogos z tlumu. Pojawia sie
drugi chlopak na motocyklu. I juz za chwile obejmuje go mocno w pasie, moja
czarna spodnica powiewa w pedzie, kiedy wymijajmy zatloczone odrapane
autobusy, luksusowe auta, pomaranczowe prychajace bajajs z plastykowymi
baldachimami i czarnymi roletami, ktore mozna opuscic w razie deszczu.
Przez centrum miasta, posrod szklanych wiezowcow, po prawej stronie
otoczony drzewami parlament, piesi przebiegaja jezdnie w najmniej
oczekiwanym momencie, tlumy ludzi na chodnikach, tlumy, tlumy. Szczuple
dziewczyny tak waskich taliach, ze mozna by je bylo objac dwiema dlonmi, w
dzinsach, ale z okutanymi chustka glowami, chlopcy - nie chlopcy
(nauczylam sie juz , ze dziewczyny szybko przestaja byc tu dziewczynami, a
mezczyzni dlugo zachowuja swoja chlopiecosc) w bialych koszulach z
podwinietymi rekawami. Wielu ma kawalek materialu na ustach, bronia sie jak
moga przed smrodem tego miasta-molocha.
I zapachy - benzyna, spaliny i olej
pyrkajacy w ulicznych warungs. Jadlam dzis smazone w ciescie owoce, nie
wiem jakie, ach, jaki smak niezwykly, zakazany, rozduszalam jezykiem
miekkie owoce probujac nazwac smak slodkiej maki z domieszka czegos winnego.
Wiec Jalan Jaksa, mala uliczka pelna hoteli, biur podrozy, kawiarni i
restauracji. Jestem tu cztery dni, a przeciez rozpoznaje twarze bywalcow,
klania mi sie z usmiechem chlopak sprzedajacy pakowane w male torebki
orzeszki. Dzis rano chodzil tedy sprzedawca pamiatek, chcial mi sprzedac
replike broni - wydrazony w krowiej kosci otwor, przez ktory mozna
wydmuchiwac male pociski zakonczone gwozdziem. lagodnie skladal i rozkladal
przede mna swoje cacko, obnizal cene z wyrozumialym usmiechem sluchajac
moich tlumaczen, ze nie mam miejsca w bagazu, ze ciezkie, ze niewygodne...
"Dam ci to za darmo teraz - zadecydowal, zaplacisz mi wieczorem." Odmawiam
i tego, och, gdybym mogla, kupilabym od niego wszystkie pamiatki, tak
bardzo dotyka mnie jego rozczarowanie. Czy sprzeda cos dzis, czy zarobi te
swoje nedzne grosze, ktore ledwie starcza na garstke nasi goreng?
Niepotrzebnie sie tak spieszylam. Siedzimy cala grupa przed biurem podrozy
czekajac na mikrobus. Opalona para mlodych Belgow opowiada o Indiach, z
ktorych przylecieli wczoraj. Wreszcie, z dwugodzinnym opoznieniem zjawia
sie siedmioosobowy samochod i mimo ze kierowca namawia mnie serdecznie,
zebym usiadla z tylu, upieram sie na miejsce obok niego, w nadziei, ze bede
mogla patrzec. Nic bardziej mylnego. Za chwile zapada czarna,
najczarniejsza indonezyjska noc, zaczyna padac ulewny deszcz, a przednia
szyba zaklejona jest dwiema zielonymi tasmami z gory i z dolu, wiec do
patrzenia zostaje waski pasek, przez ktory widac jedynie swiatla
rozpedzonych samochodow i strugi ulewy.
Wyjazd z Jakarty trwa przynajmniej dwie godziny. Jeszcze po drodze
zabieramy mloda dziewczyne, ktora wyglada jakby miala 12 lat, a okazuje sie
byc zona kierowcy. Nie rozumie po angielsku w ogole, nawet najprostszego
pytania - jak ci na imie. Po jakims czasie zasypia tulac sie do mojego
ramienia. Wiec nie poruszam sie, zeby jej nie budzic. Nawet nie wiem, gdzie
konczy sie miasto, a zaczyna droga na wschod. Szepce wiec tylko na wszelki
wypadek "Selamat tinggal, Jakarta". Dretwieja mi nogi, pada deszcz, dwoch
wysokich Niemcow chrapie glosno z tylu, samochody mijaja sie w tak
niewielkiej odleglosci, ze w kazdej chwili grozi to wypadkiem Kierowca
jest artysta, nie ulega to dla mnie watpliwosci, a mimo to zaczynam sie
modlic o szczesliwe zakonczenie tej wariackiej podrozy.
Gdzies po drodze zatrzymujemy sie. Nie wiem, czy to duza wies czy miasto -
po obu stronach drogi ciagna sie stragany, tak zbudowane, ze w glebi maja
pomieszczenie mieszkalne. Zagladam do srodka, najczesciej pali sie tam mala
lampka, na szerokim lozku leza dwie, trzy osoby. Czasami dobiega mnie placz
dziecka. My stoimy przed otwartym mimo poznej pory sklepem - restauracja. W
szklanej witrynie widac ustawione w przemyslna piramide talerze wypelnione
jedzeniem. W nich dziwne nieznane potrawy, duzo ryzu, jakies wymyslne -
dla mnie - miesa, ikan bakar - pieczona ryba, bubur - owsianka na mleku.
Dopiero ucze sie rozpoznawac i nazywac te egzotyczne wytwory indonezyjskiej
kuchni. Obok betonowy basenik bez wody i wejscie do lazienki. Kobieta z
nakryta szalem glowa ciagne do srodka rozplakanego w snie chlopczyka. Chce
mu sie pic, wyrywa raczke pokazujac na butelke z woda. Jest goraco. tak
goraco, jak w goracy letni dzien w Edmonton albo we Wroclawiu.
Potem nagle, niespodziewanie wybucha dzien. Szosta rano, kobiety ciagna
wzdluz drogi niosac na glowach plecione naczynia. Ida zapewne na targ. Po
obu stronach drogi szerokie pola, blyszczace mokro w perspektywie, nad nimi
wulkaniczne stozki gor. Pojawiaja sie banteng - bydlo ze zwojami skory na
szyi, mleczno-kawowe w kolorze, spokojne i zrezygnowane, jak to bydlo. A
kierowca pedzi niezmordowanie dalej i tylko wlaczyl kasete z gamelan - ta
niepokojaca muzyka, do ktorej trudno na poczatku sie przywyczaic, bo
operuje w zupelnie innych rejestrach niz wszystko, co do tej pory znane,
aby potem zachwycic swoja przedziwna monotonia, rytmem, ktory dobiera sie
czlowiekowi do samego serca i dziwnie niepokoi.
Nikt nie wie jak daleko jeszcze do Yogya. Gdzie jest Yogya? Jaka jest
Yogya? Okaze sie za dwie, trzy, cztery godziny. Jeszcze nawet nie
przeczuwam, czym jest Yogya - jak zapadnie mi w serce, co tam przezyje,
jakich wzruszen doznam.
Za kilka godzin poznam nowych ludzi, nowe miejsca, bede chlonac kazda
czastka duszy ogromne piekno i smutna radosc tego miejsca na drugim koncu
swiata.
Cdn.
Izabelka
-------------------------------------
"Common sense is my sense; other people's sense,
when it is different from mine, is little better than nonsense."
Charles Ammi Cutter, "Common Sense in Libraries"