Fanom "kombatanta" Moskala:
Jan Nowak-Jeziorański
"Polska z oddali", tom II, Londyn 1988
W kwietniu 1972 roku nasz korespondent w Paryżu płk Marian Czarnecki przekazał
mi telefonicznie
wiadomość, że szykuje się przeciwko mnie niemiecka intryga, w którą zamieszany
jest Józef Mackiewicz i
emigracyjny dziennikarz z Londynu Janusz Kowalewski. Poprosiłem Czarneckiego, by
przekazał mi te
informacje na piśmie, i szybko o wszystkim zapomniałem.
Dopiero w trzy miesiące później Amerykanie przekazali mi list senatora Buckleya,
w którym mowa była o
tym, że zwrócił się do niego niejaki Alex Ostoja-Starzewski, który twierdzi, że
Jan Nowak, dyrektor działu
polskiego Radia Wolna Europa, i jego brat Andrzej Jeziorański zajmowali w czasie
wojny wysokie
stanowiska w hitlerowskiej hierarchii, a zatem Jan Nowak nie powinien być
dyrektorem polskich
programów RWE. Starzewski przedstawił affidavit [urzędowe oświadczenie]
podpisany przez Niemca
Johanna Traugotta Kassnera, który stwierdził, że bracia Jan i Henryk (sic!)
Jeziorańscy [Andrzej Jeziorański
pracował przed i w czasie wojny jako naczelnik wydziału w Izbie
Przemysłowo-Handlowej w Warszawie] byli
w czasie wojny nadkomisarzami w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych
Nieruchomości w
Warszawie. Senator prosił Komitet Wolnej Europy o zbadanie sprawy. Pismo,
dokładnie tej samej treści i z
tym samym załącznikiem, otrzymał równocześnie Clifford Case, który także
poprosił o wyjaśnienie.
William Durkee [prezes Komitetu Wolnej Europy] odpowiedział od ręki, że życiorys
wojenny Jana Nowaka
jest powszechnie znany. Był on trzykrotnie awansowany, otrzymał najwyższe
polskie odznaczenia bojowe,
m.in. Virtuti Militari, a od Anglików Królewski Medal za Odwagę. Obowiązki
dyrektora wypełnia od dwudziestu
lat i organizacja odnosi się do niego z pełnym zaufaniem. Obaj senatorzy uznali
sprawę za zamkniętą.
Na oświadczeniu Kassnera było u góry napisane po polsku: "Pod pręgierzem". Był
to tytuł zbioru
dokumentów w sprawie przeszłości Józefa Mackiewicza wydanego przez Koło AK w
Londynie.
Przypuszczałem więc, że jest to jakaś intryga J. Mackiewicza albo jego
przyjaciół, którzy dopatrywali się we
mnie, niesłusznie zresztą, autora broszury. Zdążyłem się już przyzwyczaić do
oszczerstw i przestałem się
nimi przejmować. Toteż bardzo szybko zapomniałem o całym incydencie. Nie
przypuszczałem, że dalszy
ciąg nastąpi w rok później.
Bezpieka wciąż wykorzystywała propagandowo Czechowicza. Płk Kudaś ze Służby
Bezpieczeństwa
przygotowywał jego odczyty, pisał artykuły, był autorem jego książek. W miarę
upływu czasu wiedza ,,asa
wywiadu" o Wolnej Europie oglądanej na miejscu i od środka rosła w zadziwiający
sposób. W pierwszym
wydaniu książki pt. "Siedem trudnych lat" autor dawał do zrozumienia
czytelnikowi, że jestem syjonistą, ale w
drugim, z 1973 roku, pokazany zostałem jako hitlerowiec i umieszczone było
zdjęcie affidavitu Kassnera. W
jaki sposób dokument ten, który dotychczas nigdzie nie był ogłoszony, zawędrował
z rąk
Ostoi-Starzewskiego i jego przyjaciół w Stanach Zjednoczonych do bezpieki w
Warszawie, pozostaje po dziś
dzień tajemnicą.
Bezpieka za pośrednictwem Interpressu wszczęła teraz zabiegi o to, by ta nowa
"sensacja" została
powtórzona w prasie zachodniej. Zaofiarowano ją na początku przedstawicielowi
tygodnika
zachodnioniemieckiego "Die Zeit". Redakcja porozumiała się telefonicznie ze
swoim polskim doradcą, który
wyraził opinię, że poważne pismo nie powinno dać się wciągnąć do brudnej gry
policji politycznej. Z kolei
Emanuel Birnbaum, redaktor monachijskiej "Süddeutsche Zeitung", z którym
utrzymywałem przyjazne
stosunki, poinformował mnie, że podobne "uwertury" czyniono pod adresem jego
dziennika.
***
Przypuszczałem, że te same oferty przedkładano innym pismom niemieckim. Pewnego
dnia zatelefonował
do mnie polski proboszcz z Monachium ksiądz Władysław Kajka zaniepokojony wizytą
Janusza
Kowalewskiego, który pokazywał mu fotokopię oświadczenia Kassnera w książce
Czechowicza i
przekonywał, że jest to nieodparty dowód kolaboracji Nowaka z hitlerowcami.
Wiadomości o kolportowaniu
tej wersji przez Kowalewskiego dotarły do mnie z Frankfurtu, Kolonii i Londynu.
Kowalewski pałał do mnie
nienawiścią, bo nie zatrudniłem go w radiu. Poleciłem adwokatowi w Londynie, by
ostrzegł Kowalewskiego,
że jeśli będzie dalej kolportował tego rodzaju pomówienia, skieruję sprawę do
sądu.
Jak się później dowiedziałem, Kowalewski nawiązał kontakt z Niemcem z Polski
Joachimem Goerlichem z
Kolonii, który ogłaszał od czasu do czasu artykuły o sytuacji w Polsce w piśmie
katolickim "Rheinischer
Merkur". Przed paru miesiącami Goerlich obraził się na Wolną Europę, gdy nasz
wydział personalny odrzucił
jego podanie o pracę. W dniu 20 września 1974 roku "Rheinischer Merkur" ogłosił
artykuł Goerlicha, w
którym znalazło się następujące zdanie:
"Niejaki Andrzej Czechowicz, b. współpracownik RWE, który już w 1971 r. powrócił
do Polski, wydał obecnie
drugi tom wspomnień z Monachium ("Siedem trudnych lat"). Zaatakował w nim między
innymi dyrektora
polskiej sekcji Radia Wolna Europa Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Oskarża go, że
był hitlerowskim
Treuhänderem. Zarzut kolaboracji ma tym większą wagę, że książka Czechowicza
ukazała się na Zachodzie
i natychmiast została rozsprzedana".
Oczernić przez pośrednika
W rzeczywistości "Siedem trudnych lat" nie ukazało się na Zachodzie, gdzie mało
kto interesował się
paszkwilami preparowanymi przez bezpiekę. Kolporterem stało się na Zachodzie
poważne prawicowe
pismo katolickie "Rheinischer Merkur". Gra bezpieki prowadzona była dokładnie
według reguł opisanych
przez specjalistów od "zwalczania dywersji ideologicznej" w broszurze, która
ukazała się w Polsce w bardzo
ograniczonym nakładzie. Jej autor Michał Szulczewski rozróżniał dwie metody
propagandy specjalnej:
"Docieranie bezpośrednie przez [własne] radio, broszury, telewizję lub
docieranie kamuflowane, pośrednie,
gdy na przykład prasa zagraniczna zamieszcza półprodukt przygotowany w kraju
[...]. Tego rodzaju przekaz
kamuflować może nie tylko właściwego nadawcę i inspiratora, ale również sam
charakter propagandy,
zacierając w świadomości adresata jego zagraniczną inspirację". Ściśle według
tej recepty środki przekazu
w Polsce przedrukowywały z wielkim hałasem i w odpowiedniej oprawie artykuł
Joachima Goerlicha,
powołując się na niezależne pismo niemieckie i przemilczając, że źródłem
rewelacji była książka
Czechowicza wydana w kraju. Czechowicz przestał już być potrzebny.
Artykuł Goerlicha został szeroko rozesłany pocztą bez adresu nadawcy, często z
różnymi anonimowymi
dopiskami. Anonimową przesyłkę otrzymało sporo Polaków i Amerykanów z RWE. Na
przykład Anatol Shub,
Amerykanin żydowskiego pochodzenia, kierownik centralnego dziennika radiowego,
dostał go z dopiskiem:
"Polacy żydowskiego pochodzenia nie rozumieją, dlaczego były Treuhänder
nieruchomości żydowskich ofiar
jest tolerowany na stanowisku kierownika polskiej sekcji Radia Wolna Europa w
Monachium".
Teraz dopiero Amerykanie wzięli pod lupę oświadczenie Kassnera i osobę autora.
Zażądano danych od
policji niemieckiej. Okazało się, że Johann Kassner dawno nie żyje. Jego
oświadczenie nosiło datę 22
kwietnia 1970 roku. Dlaczego zostało wykorzystane dopiero po jego śmierci?
Dlaczego Kassner, który
mieszkał po wojnie w Monachium, nie złożył swego oświadczenia, gdy Nowak objął
swoje stanowisko w
1952 roku?
Z kartoteki policyjnej wynikało, że Kassner pochodził z niemieckiej rodziny z
Żyrardowa. W czasie wojny
zrobił się volksdeutschem, ożenił się z Barbarą, córką dyrektora zarządu
komisarycznego Bazylego
Koczubeja, występującą już po wojnie pod nazwiskiem Barbary Szubskiej.
Osoba Kassnera znana była z czasów wojny jednemu z naszych redaktorów Tadeuszowi
Podgórskiemu -
działaczowi podziemnej PPS-WRN, żołnierzowi AK, który zaraz po wojnie zgłosił
nazwisko Kassnera na listę
zbrodniarzy wojennych. Okazało się, że Kassner brał w czasie wojny udział w
rabunku mienia żydowskiego i
był współsprawcą wydania w ręce gestapo i śmierci działaczki PPS Anny Golde
ukrywającej się pod
nazwiskiem Rutkowska. Zarówno Kassner, jak i współsprawca zbrodni Zbigniew
Konarzewski zostali
skazani przez AK na śmierć. Wyrok na Konarzewskim wykonano w czasie słynnej
akcji na lokal "Za kotarą"
na Mazowieckiej. Kassner uniknął śmierci, bo spóźnił się na spotkanie. Jak
wynikało z kartoteki policyjnej,
dwa razy po wojnie jeździł do Polski. Ostatni raz w końcu roku 1969, na krótko
przed złożeniem swego
oświadczenia. W Polsce ożenił się po raz trzeci z Polką. Narzucało się więc
pytanie, jakim sposobem
Niemiec oskarżony o zbrodnie wojenne mógł bez obawy jeździć do PRL? Świadkowie
jego wojennych
postępków żyli w Polsce i za granicą. Amerykanie ustalili, że władze PRL nie
przekazały informacji o
Kassnerze do Centralnej Kartoteki Przestępców Wojennych w Ludwigsburgu.
Wyciągnięto z tego wniosek,
że Kassner mógł być na usługach wywiadu PRL. Po wojnie rządy ZSRR, Polski i
Czechosłowacji
poszukiwały skrzętnie członków partii hitlerowskiej w Niemczech Zachodnich,
którzy mieli coś na sumieniu.
Stawiano ich wobec wyboru: albo przyjmą współpracę z wywiadem wschodnim, albo
ich przeszłość
wojenna zostanie ujawniona i jako przestępcy wojenni staną przed sądem.
Tłumaczyło to być może,
dlaczego oświadczenie Kassnera zostało wykorzystane dopiero po jego śmierci.
Wzięty w dwa ognie Po ogłoszeniu artykułu Goerlicha wzięty zostałem w dwa
ognie: z jednej strony, huraganowy ogień w
reżimowej prasie, radiu i telewizji. Z drugiej, taki sam ogień huraganowy w
pismach i pisemkach
niemieckich wysiedleńców i neohitlerowców, którzy mieli ze mną swoje porachunki.
Nie przejmowałbym się
ani jednym, ani drugim, gdyby nie reakcja niektórych członków mego zespołu, tych
mianowicie, którzy
chowali w sercu niechęć, a czasem nawet wrogość. Przypomniałem sobie ostrzeżenie
pani Rachwałowej,
że bezpieka zbiera informacje o moich wrogach.
W świetle całej mojej przeszłości wojennej zarzut kolaboracji z okupantem był
oczywistym nonsensem.
Przeciwnik osobisty uwierzy jednak skwapliwie w najbardziej nieprawdopodobne
oskarżenie, bo chce w nie
wierzyć, i piłkę podrzuconą anonimowo poda dalej. Przekonywanie tych ludzi, że
nie byłem hitlerowskim
Treuhänderem, byłoby zbyt upokarzające. Wydawało mi się, że najbardziej godnym
sposobem przecięcia
sprawy było wytoczenie Goerlichowi i pismu procesu o zniesławienie i uzyskanie
wyroku sądowego.
Moja działalność jako kuriera i emisariusza była powszechnie znana. Na emigracji
i w kraju byli ludzie,
którzy znali wszystkie moje poruszenia od pierwszego dnia wojny. W odpowiedzi na
artykuł Goerlicha
oświadczenie w prasie emigracyjnej złożyli: gen. Tadeusz Pełczyński - szef
sztabu AK, gen. Stanisław
Kopański - szef sztabu PSZ, płk Michał Protasewicz - szef Oddziału VI Sztabu NW,
amb. Edward Raczyński -
były członek rządu RP w Londynie. Zaraz po ataku Ostoi-Starzewskiego mój
bezpośredni szef w AK Tadeusz
Zawadzki-Żenczykowski złożył przed notariuszem oświadczenie stwierdzające, że
Jan Nowak był jego
podkomendnym w Akcji "N". Zawadzki stwierdził, że organizacja wprowadziła mnie
do Komisarycznego
Zarządu Zabezpieczonych Nieruchomości jako administratora domów w celu
zapewnienia mi karty pracy i
uchronienia przed łapankami, a czynności moje ograniczały się do ściągania
komornego, wynajmu
mieszkań, napraw itd.
Nie brakło więc świadków i dowodów, że nie byłem nigdy "nadkomisarzem", jak
twierdził Kassner, ani tym
bardziej "Treuhänderem", jak pisał Goerlich.
Wygrałem dwie sprawy o zniesławienie przed sądem brytyjskim i byłem pewny, że to
samo powtórzy się z
sądem niemieckim. To był błąd. Różnica polegała nie tylko na tym, że prawo
przeciwko zniesławieniu jest w
Wielkiej Brytanii o wiele surowsze niż w Niemczech. Z niemieckiego punktu
widzenia pomawianie kogoś, że
był Treuhänderem, nie było w ogóle żadnym zniesławieniem, a Polak, który
powoływał się na swoją rolę i
zasługi w wojnie z Niemcami i skarżył się na niemieckiego nacjonalistę, nie
budził sympatii sądu. Jednakże
na pierwszej sesji sąd w Kolonii wydał orzeczenie nakazujące redakcji
"Rheinischer Merkur" ogłoszenie w
wyznaczonym terminie mojego sprostowania. Zdawało się, że na tym sprawa się
skończy. Niestety, miałem
pecha. Polecony mi przez polskiego prawnika w Londynie adwokat niemiecki okazał
się prawdziwą
katastrofą. Był posłem do Bundestagu i mało interesował się praktyką adwokacką.
Do swego polskiego
klienta odnosił się ze źle ukrywaną niechęcią. Nie dotrzymał wyznaczonego przez
sąd terminu, a
zredagowane przez niego zaprzeczenie nie odpowiadało przepisom prawnym, więc
redakcja odmówiła
ogłoszenia go.
"Rheinischer Merkur" był pismem katolickim związanym z miejscową kurią biskupią.
Biskup Władysław
Rubin [delegat prymasa Polski do spraw duszpasterstwa Polonii] interweniował w
mojej sprawie bardzo
energicznie u kardynała Hoffnera, a infułat Edward Lubowiecki, wikariusz
apostolski Polaków z Niemczech,
przeprowadził rozmowę z redaktorem Herwigiem Gückelhornem. Nacisk Kościoła
poskutkował i
"Rheinischer Merkur" umieścił sprostowanie, tym razem w mojej własnej redakcji.
Redaktor Herwig
Gückelhorn zaproponował zamknięcie sprawy pod warunkiem, że pokryję koszty ich
adwokata. Warunku
tego nie mogłem przyjąć, bo byłoby to zrozumiane jako kapitulacja. Doszło więc
do nowej rozprawy. Sąd
moją skargę odrzucił. W uzasadnieniu wyroku powiedziano, że nie jest istotą
sporu, czy byłem
Treuhänderem, czy nie, ani czy zarzut Czechowicza odpowiada prawdzie, czy nie,
lecz jedynie, czy Goerlich
powtórzył wiernie to, co napisał Czechowicz. Sens był taki, że według prawa
niemieckiego powinienem
wytoczyć sprawę Czechowiczowi, a nie dziennikarzowi, który go cytował.
Oczywiście przed sądem PRL.
Bezpieka zareagowała na wyrok błyskawicznie. Spreparowano nową "fałszywkę", w
której kluczowe zdanie
wyroku zmieniono w taki sposób, aby wynikało z niego, że sąd uznał powtórzone
przez Goerlicha zarzuty
Czechowicza za prawdziwe. Sfałszowany wyrok rozesłano w tysiącach odbitek do
Polaków w Europie i w
Stanach Zjednoczonych. Wyrok w Kolonii wywołał sensację zarówno w RWE, jak i na
emigracji. Mało kto
usiłował zbadać, dlaczego sąd oddalił moją skargę. Okazało się, że wytaczając
sprawę przed sądem
niemieckim, popełniłem fatalny błąd wypływający ze ślepej wiary, że przecież
oczywista prawda jest po
mojej strome.
Nieudolne fałszerstwo
Po pierwszym orzeczeniu sądowym, nakazującym redakcji "Rheinischer Merkur"
ogłoszenie mego
sprostowania, uznano widocznie w Warszawie, że należy oświadczenie Kassnera
wzmocnić nowym
dokumentem.
Któregoś dnia wpadł do mnie do pokoju Wiktor Trościanko. Miał minę tak radosną i
triumfującą, że w
pierwszej chwili myślałem, iż przynosi mi jakiś nowy dowód uznania słuchaczy dla
jego świetnych audycji
"Odwrotna strona medalu". Rzucił mi na biurko jakieś pismo i wybiegł.
Miałem przed sobą list SS Obersturmführera, dr. Zahna z datą: Warszawa 8
sierpnia 1940, zaadresowany
do Kreishauptmanna dystryktu Warszawa, w sprawie podania Zdzisława
Jeziorańskiego o posadę
Treuhändera w cegielni w Radzyminie, należącej do Żyda Arie Hardera.
Obersturmführer popierał podanie i
przypominał, że petent jest krewnym Stanisława Jeziorańskiego, burmistrza miasta
Radzymina.
W życiu moim nie byłem w Radzyminie i nie miałem nic wspólnego z miejscową
cegielnią, ale z dokumentu
wynikało tylko, że starałem się o posadę w tym mieście i byłem protegowanym SS.
Mój daleki krewny
Stanisław Jeziorański był przed wojną zastępcą starosty w Radzyminie. Po wojnie
Niemcy zostawiali
Polaków na różnych stanowiskach administracyjnych. Tak było w Warszawie, gdzie
komisarycznym
prezydentem miasta po aresztowaniu Stefana Starzyńskiego został Julian Kulski.
Podobnie Jeziorański
został burmistrzem Radzymina. Nie utrzymywałem ze Stanisławem bliższych
kontaktów, ale wiedziałem, że
jako burmistrz komisaryczny cieszył się uznaniem mieszkańców Radzymina i po
wojnie nie miał żadnych
przykrości. Zmarł w Gostyninie w początkach lat siedemdziesiątych.
Falsyfikat otrzymało anonimową pocztą kilkunastu moich kolegów znanych z tego,
że nie lubili swego
polskiego szefa. Amerykanie posłali z miejsca dokument do ekspertów w
Waszyngtonie i do bawarskiej
policji kryminalnej. Wyniki, które dostałem na piśmie, wykazały, że grupa speców
męczących się nad tym,
jak zniszczyć Jana Nowaka, nie miała wysokich kwalifikacji. List pisany był na
polskiej maszynie.
Niemieckie znaki, na przykład litery: ü, ö, naniesione były osobno. Natomiast w
nazwisku "Zdzisław
Jeziorański" umieszczono polskie litery "ł" i "ń". Fałszerze zapomnieli umieścić
w zakończeniu listu
obowiązkowego pozdrowienia "Heil Hitler", co było kardynalnym błędem. Litery SS
nie były napisane
czcionkami gotyckimi, jakich z reguły używano.
W liście wymieniony zostałem jako "Herr" Jeziorański. Hitlerowcy, pisząc o
Polakach, zastępowali ten zwrot
słowami: "Der Pole", "Die Polin". W adresie użyto polskiego zwrotu: "Warschau,
6-go Sierpniastrasse",
Niemcy napisaliby: "6 Sierpniastrasse".
List był rzekomo podpisany przez "Der Führer der SS Selbstschutzes" okręgu
Warszawa-Powiat. Niemiecki
Institut der Zeitgeschichte ustalił, że Selbstschutz został rozwiązany
zarządzeniem generalnego gubernatora
6 maja 1940 roku, a więc na trzy miesiące przed datą listu.
W książce Czechowicza wyprodukowano affidavit człowieka nieżyjącego. W drugim
przypadku specjaliści z
bezpieki nie sprawdzili, czy żyje esesman dr Zahn, który rzekomo list podpisał.
Otóż Zahn żył i mieszkał w
Niemczech Zachodnich. W rezultacie tych wszystkich badań ustalono, że tekst
sfałszowany, pisany na
polskiej maszynie, umieszczony został na autentycznym blankiecie po uprzednim
usunięciu z niego
pierwotnego tekstu. Pozostawiono tylko podpis doktora Zahna, pieczęć hitlerowską
i dopisek u dołu strony
wystukany na niemieckiej maszynie w poprawnej, niemieckiej pisowni, który
zupełnie nie był związany z
treścią falsyfikatu. Aby utrudnić wykrycie tego zabiegu, dokument był
rozpowszechniony w formie celowo
zmniejszonej i niewyraźnej fotokopii.
Zanim jeszcze przyszedł wynik ekspertyzy, Amerykanie tłumaczyli mi, żebym się
nie przejmował. Gdyby reżim
miał w ręku oryginalny dokument - dawno już byłby przekazany do Waszyngtonu.
Być może pracownicy Biura XI ADP liczyli się z tym, że falsyfikat zostanie
rozpoznany przez ekspertów. Z ich
punktu widzenia liczył się przeciętny odbiorca, który ekspertyzy przeprowadzać
nie będzie. "Fałszywkę"
wysyłano w kopertach ze stemplem poczty w Kolonii, Düsseldorfie, Frankfurcie, a
w Ameryce ze stemplem
New Jersey. Do falsyfikatów dołączono ręcznie pisane listy podpisane albo przez
jakiegoś nie istniejącego
Lembacha, albo innymi nazwiskami.
Nastawieni życzliwie odbiorcy przysyłali mi otrzymane listy wraz z kopertami.
Dzięki temu mogłem
zorientować się w zasięgu tej akcji. Treść listu różniła się w zależności od
tego, czy zdaniem bezpieki
adresowany był do przyjaciela Nowaka, czy też jego wroga albo osoby obojętnej.
Na przykład wiceprezes Kongresu Polonii Kazimierz Łukomski zaliczony
prawdopodobnie do tej ostatniej
kategorii dostał list tej treści:
"Szanowny Panie
W załączeniu przesyłam kopię dokumentu świadczącego o współpracy Pana Jana
Nowaka z okupantem.
Dokument ten od pewnego czasu jest ogólnie znany w kołach wychodźstwa w Europie.
Przesyłając go do wiadomości Pana, powoduję się nie tylko chęcią zawiadomienia
Pana o jego istnieniu,
ale chciałbym jednocześnie prosić Pana o zajęcie stanowiska w tej sprawie. W
świetle treści dokumentu
fakt współpracy Pana Nowaka i jego rodziny z okupantem nie budzi wątpliwości.
Czy zdaniem Pana tego
rodzaju człowiek może być jednym z luminarzy wychodźstwa i dyrektorem
najpoważniejszej instytucji
działającej w obronie wolnego świata?
Łączę wyrazy szacunku.
J. Lembach"
Oczywiście nie było adresu zwrotnego.
Sprawcy pod ochroną
Akcja anonimowych listów nie ograniczała się tylko do wysyłania "fałszywek".
Osobną kategorię stanowiły
listy z pogróżkami, przysyłane do mnie albo do mojej żony, i listy
donosicielskie. Na przykład dyrektor RWE
Ralph Walter, żonaty z Niemką, dostał list od nie podpisującego się redaktora,
że Nowak prześladuje tych
kilku współpracowników, którzy mają żony Niemki. Autorka anonimu zaadresowanego
do mojej żony
przedstawiała się jako parafianka z naszego polskiego kościoła św. Barbary i
jako sprzątaczka w
pensjonacie przy Kaulbachstrasse. Informowała, że widywała mnie tam regularnie w
towarzystwie brunetki
o długim nosie, małych oczkach, grubej w biodrach. Nie podpisana korespondentka
musiała być osobą
pobożną, bo zaklinała się na Pana Jezusa i Matkę Najświętszą, że pisze prawdę.
Żonę o wiele mniej
ubawiła inna przesyłka otrzymana w dniu nieskomplikowanej operacji, jakiej
musiałem się poddać. W
kopercie znalazła formularz miejskiego zakładu pogrzebowego z dopiskiem:
"Ponieważ należy się liczyć ze
zgonem pani męża, jeszcze w tym roku, załączamy informacje dotyczące obrzędów
pogrzebowych".
Przychodziły także anonimy od "żołnierzy AK", którzy powiadamiali mnie, że jako
zdrajca i hitlerowski
kolaborant, który okrył hańbą imię AK, zostałem skazany na karę śmierci i wyrok
wkrótce będzie wykonany.
Przez wiele lat chodziłem do biura rano piechotą, okólną drogą przez Ogród
Angielski. Teraz towarzyszyła mi
żona, która nie chciała, abym te spacery odbywał sam. Telefony z pogróżkami
powtarzały się kilka razy w
ciągu jednej doby. Żona miała w końcu tego wszystkiego dosyć. Zatelefonowała do
szefa służby ochrony
radia i zapowiedziała, że jeżeli nie zostanie o wszystkim zawiadomiona niemiecka
policja - ona podejmie
odpowiednie kroki na własną rękę. Interwencja poskutkowała. W dwie godziny
później szef ochrony radia
zawiadomił ją, że zgłosi się do mnie inspektor niemieckiej policji kryminalnej.
Wręczyłem mu siedemnaście
oryginalnych anonimowych listów, otrzymanych między listopadem 1974 roku a
marcem 1975, oraz wycinek
z prasy niemieckiej z ręcznym dopiskiem i podpisem Józefa Mackiewicza. Wezwany
na policję Mackiewicz
stwierdził kategorycznie, że jego podpis został sfałszowany. Ekspertyza
grafologiczna potwierdziła jego
oświadczenie. Po dwóch miesiącach inspektor niemiecki oddał mi wszystkie anonimy
z powrotem.
- My wiemy, kto to wszystko robi - powiedział - ale jesteśmy bezsilni. Sprawcy,
jako dyplomaci, korzystają z
przywileju nietykalności. Nie możemy nawet wezwać ich na przesłuchania.
--
=
=