Podsylam, gdyz zapewne Polska tak bedzie wygladala za kilka lat. Rzad polski tak samo jak argentynski zadluza sie ponad miare i kiedys zbankrutuje pozbawiajac obywateli ich oszczednosci.
Janusz Baczynski ======= http://wyborcza.gazeta.pl/info/artykul.jsp?xx=749286&dzial=011201 Argentyna. Precz wszyscy! Artur Domosławski (20-03-02 14:38) - To nie jest tak, że wyszliśmy na ulice w grudniu, bo nam zablokowali konta. To się zaczęło dawno, dawno temu. Peronizm, guerrilla, dyktatura, Menem... Musimy usunąć wszystkich polityków i zacząć od zera. Artur Domosławski pisze o tym, jak rodzi się nowa Argentyna - Sytuację rewolucyjną mieliśmy w grudniu, kiedy prezydent de la Rua wprowadził stan wyjątkowy i padły pierwsze ofiary. Rewolucja nie wybuchła. Ale teraz nie wiadomo, co będzie. Jedno jest pewne: to koniec argentyńskiego indywidualizmu, no wiesz, że obchodzą mnie tylko moje sprawy... O, zaczyna się, lecę do towarzyszy, musimy rozdać gazetki, jakbyś, amigo, chciał pogadać, będziemy tu krążyć, no to na razie... Na pierwszej stronie gazetki, którą za pół peso zostawił mi Alfredo Briller, 30-letni nauczyciel historii i niedzielny fotograf, tytuł "Fiesta, za którą płaci dziś lud". To o korupcji i politykach z lat 90., 80., 70. W ogóle o ludziach władzy. Wkrótce przekonam się, że główne hasło wszystkich wieców i demonstracji to: "Precz wszyscy!". Boimy się prowokacji W Stuletnim Parku w Buenos Aires, w upalną niedzielę mamusie i tatusiowie z dzieciakami, piłka i tenis, spacery i polityczne okrzyki. Wszystko toczy się jednocześnie. Las transparentów, które informują, kto przyszedł. Sąsiedzi z ulicy nie-zapisałem-jakiej, zgromadzenie mieszkańców dzielnicy Palermo, jakieś komisje dzielnicowe: pracy, zdrowia, oświaty, polityki, dalej - "Zjednoczona Lewica", młodzież obściskująca się na trawie, popijacze yerba mate... Trudno się zorientować, kto tu rządzi i kto to skrzyknął. - Jak to kto? My, wszyscy. Młoda dziewczyna wykrzykuje do mikrofonu: - Nasze zgromadzenia są polityczne, ale nie partyjne! (brawa) Mężczyzna, który wygląda na wodzireja, po czterdziestce, dobrze ubrany: - Napisali w gazecie, że jakaś pani reprezentuje 35 dzielnicowych zgromadzeń. (gwizdy, - Eee!!!) Oni nie rozumieją, co się tu dzieje. Prasa kłamie! Nikt nie ma prawa wypowiadać się w naszym imieniu! (gromkie brawa i okrzyki) Pani w średnim wieku: - Powinniśmy jednak wybierać delegatów w dzielnicach na niedzielne zgromadzenia w Stuletnim Parku... (gwizdy, nieeee!) Towarzysze! Proszę mnie wysłuchać! Zgromadzenia nie mogą być zupełnie otwarte... Przychodzą różni ludzie, nie wiemy kto, potem głosują, boimy się prowokacji... (gwizdy i okrzyki) Wodzirej ratuje sytuację: zgromadzenia są otwarte, delegaci z prawem głosu będą wybierani, ale delegaci będą rotacyjni. Starszy mężczyzna podejrzliwie mi się przygląda. Kłaniam się. - Dziennikarz aż z Polski? Wie pan - ścisza głos - oni nas inwigilują, mnóstwo tu tajnych agentów policji. Tymczasem na wiecu ludzie mówią już o czymś innym. - Znacjonalizować wszystkie banki! - NIE dla spłacania długu! - Na naszej ulicy trzeba usprawnić wywóz śmieci, bo wszystko leży na ulicy! - Precz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym! - O, stary, dobrze, że jeszcze jesteś, to jest Eduardo, piquetero - mówi Alfredo, nauczyciel. - Razem z bezrobotnymi organizuje blokady dróg, posłuchaj go, musisz wiedzieć, co myśli klasa robotnicza. - Arturo, kapitalizm się skończył, rewolucja francuska była burżuazyjna, teraz czas na rewolucję robotniczą - tłumaczy mi Eduardo, bezrobotny murarz. - Nie, nie chcemy żadnych reformistów, naprawiaczy, mamy już inną świadomość. Wybory? No jasne, ale najpierw trzeba usunąć polityków i zacząć od nowa, od zera. Bez tego wybory teraz nie mają sensu, bo oni wszystko kontrolują. Piqueteros poczuli władzę Do Stuletniego Parku wysłał mnie Pedro Brieger. Pedro jest socjologiem w Narodowym Uniwersytecie La Platy, dorabia w radiu jako komentator spraw Bliskiego Wschodu, więc ostatnio dorabia sporo. - Gdybyś nie poszedł do Parku, nie zrozumiałbyś, o co w ogóle chodzi. Asambleas, czyli zgromadzenia sąsiadów i sąsiadów sąsiadów, a następnie zgromadzenia ulic, dzielnic i zgromadzenia zgromadzeń, odbywają się na ulicy. To nowość. Przestrzeń publiczna, ulice, parki, podwórka są nasze, tzn. obywateli. To embrion nowej władzy. Jakiej? Nie pytaj, tego nikt jeszcze nie wie. To nie Komuna Paryska, to jeszcze nie sowiety, ale coś podobnego. Nie umiemy tego zanalizować, bo mamy stare narzędzia analizy, a rzecz jest nowa. Gdyby to był strajk, pucz, guerrilla - moglibyśmy porównywać. Ale w Argentynie czegoś takiego nie było. Ludzi ogarnęła polityczna gorączka, jakiej nie było od kilku dekad. Zaczęło się od manifestacji z biciem w garnki o północy przed kongresem i pałacem prezydenckim Casa Rosada, a teraz wszędzie mamy zgromadzenia sąsiadów. Na mojej ulicy, w dzielnicy Palermo, były dwa małżeństwa, które towarzyską pocztą zaprosiły na spotkanie kilka osób z kamienicy. Z czterech osób zrobiło się raptem 20, 60, potem ponad setka z całej ulicy. I tak wszędzie, jednocześnie w całym kraju! To niesamowite, bo nikt tego nie organizował, ludzie przebudzili się w jednej chwili. Spotykają się teraz co dzień, co dwa, co trzy i rozmawiają nie tylko o naprawie dziury w ulicy, ale roztrząsają sprawy kraju. Jakiś lekarz zaproponował darmowe usługi dla sąsiadów, bo wie, że ludzie nie mają czym płacić. Jeszcze rok, pół roku temu to było nie do pomyślenia. Albo zobacz: gdy jeszcze nie tak dawno piqueteros, wiesz, ci, co blokują drogi, przyszli do Buenos Aires, sklepikarze i restauratorzy zamykali sklepy, knajpy. Uważali, że to ciemna, nieokrzesana hołota. W zeszłym tygodniu zaofiarowali im wodę, kawę i kanapki. To jest taka nasza solidarność, jak kiedyś w Polsce. Myślę, że wszystko to trochę podobne do "Solidarności" z lat 1980-1981. To niewiarygodne, amigo, jak ONI zniszczyli ten kraj. Wiesz, że importujemy żywność i buty z Brazylii, a był nawet skandal, że importowaliśmy kurczaki z Rumunii. Nikt nie jest w stanie pojąć, że kraj tak wielki jak Europa, tak bogaty, nagle upada. Oszukali nas. Przekonali ludzi, że prywatne jest zawsze lepsze, że banki zagraniczne lepsze od argentyńskich, że transgeniczne eksperymenty z żywnością to raj, a poupadały przez to małe farmy. W latach 90. wierzyliśmy, że dołączyliśmy do Pierwszego Świata. Mówiło się o fieście menemizmu [od nazwiska prezydenta Carlosa Menema 1989-1999 - A.D.]. Skończyliśmy nawet nie jako Trzeci Świat, ale jako Czwarty. Ludzie nie chcą już partii, związków zawodowych, starych form. Nikomu nie wierzą. Kiedyś prosili władze dzielnicy, żeby wywoziły śmieci, teraz już żądają, bo czują, że to oni są władzą. Aha, i nie zapomnij, że najważniejsze to tzw. nowa bieda, czyli taka, której na pierwszy rzut oka nie widać. Ludzie z klasy średniej, którzy w latach 90. żyli z kredytów i mieli złudzenie bogactwa, teraz potracili pracę, ubezpieczenia, oszczędności i choć dalej mieszkają w eleganckich kamienicach, bieda wdarła się do ich domów, do stylu życia. Z ulicy jej nie zobaczysz, ale ona jest w środku. Jak ci to wytłumaczyć... Pójdź na aleję Santa Fe. To była kiedyś wytworna ulica elity: ekskluzywne sklepy, restauracje. To niewyobrażalne, ale jej mieszkańcy zaczęli wyrzucać śmieci na ulicę jak jacyś pariasi. Pierwszy raz Jedna z setek kawiarni przy głównej alei. Szum, gwar i strzępy rozmów. Duhalde to, Duhalde tamto, ten skur..., dolar będzie po trzy peso, a może i dziesięć. Pięć lat temu w Buenos Aires nikt nie gadał o polityce. Chodziło się na zakupy i wydawało zaciągnięte w banku kredyty. Senor Jose Piazza, który, jak podsłuchałem, właśnie dyskutował z kimś o zgromadzeniach, a teraz samotnie dopijał kawę, jest urzędnikiem we władzach miejskich Buenos. Mieszka w szykownej dzielnicy Belgrano, gdzie wieczorami argentyńscy yuppies zajeżdżają błyszczącymi kabrioletami z taaakimi dziewczynami... Senor Piazza działa w dzielnicowym zgromadzeniu Belgrano. Wiemy jedno, mówi, ludzie nie chcą wymiany jednych polityków na innych, tylko zmiany systemu, który ich okradł. Oczywiście, że nie wiedzą, czego chcą; czy socjalizmu, czy jakiejś demokracji, bardziej ludowej? Dzisiaj nikt nas nie reprezentuje. My, klasa średnia, nie widzimy przyszłości. Dlatego jesteśmy razem. Pierwszy raz! Właśnie przechodzi obok kolejna manifestacja. Jej awangarda wali w werble i kotły, reszta w garnki. Wszystkich jest nie więcej niż setka, a od bębnów hałas, jakby szedł tłum piłkarskich kiboli. Protestują przeciwko przeliczeniu oszczędności i kredytów według niekorzystnego wskaźnika, przeciwko Ameryce, przeciw peronistom, przeciw radykałom. "Precz wszyscy!". Chłopak przebrany za klauna ma przyczepioną tabliczkę "polityk argentyński". W środku jedzie karawan z trumną i napisem "Argentyna". Chodzą tak dzień i noc. Małe demonstracje i duże marsze. W centrum i na peryferiach. O 11 przed południem i o 1 w nocy. Czasem blokują ruch, ale kierowcy nie trąbią. Co będzie jutro? Jose Pablo Feinmann, popularny filozof, rzecz opisuje, jak na filozofa przystało: - Ktoś, kto idzie na zgromadzenie sąsiadów, żeby spotkać "innych", samym aktem pójścia tworzy "nas". "Ja" i "inni" tworzymy "wszystkich", zaczynamy mówić o sobie "my". Zgromadzenie czyni z nas wspólnotę. Na zgromadzeniu nigdy nie jesteśmy w pojedynkę, kończy się dominacja "ja". Mniej filozoficznie, a bardziej społecznie: - Bezrobotny w trakcie zgromadzenia, pikiety czy marszu przestaje być człowiekiem zbędnym, upokorzonym; odzyskuje tożsamość i wartość, reprezentuje siebie i zarazem wszystkich innych, którzy nie są reprezentowani przez polityków. Jest kimś, coś od niego zależy, o czymś decyduje. Politycznie zaś filozof powiada: - "Precz wszyscy" nie jest manifestacją anarchizmu. "Precz wszyscy" trzeba odczytywać wespół ze zgromadzeniami - to spontaniczne wejście ludzi do polityki, twórczej polityki, tyle że bez polityków, bo ci przestali nas reprezentować. A tak po ludzku: wiesz, z tą Komuną Paryską to trochę przesada, z sowietami też. Inne czasy, nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, bo Argentyna nic nie produkuje, wszystko importujemy. Robotnicy oczywiście są, ale rozproszeni i - co ciekawe - obserwujemy dziwny ich sojusz z klasą średnią. Ludzie chcą zmiany systemu, jakiegoś odrodzenia, ale nie mają pomysłu, co dalej, żadnego projektu przejęcia rządów. Na razie klasycznej sytuacji dwuwładzy, tak jak w rewolucjach, nie ma. Ale kto wie, co będzie jutro? Pieniądze to gówno Któregoś dnia poznałem Roberta z dzielnicy San Telmo. Stare kamienice, zawsze pełno turystów. Między barami, ogródkami trwa wielka polityczna dysputa - jak w Stuletnim Parku, tylko mniej ludzi, wszystko w skali mikro. Roberto stoi przy kramie z ulotkami i coś komuś tłumaczy. Ustawiam się w kolejce, chcę być następny. Mówi: - Chcemy udowodnić, że pieniądze to gówno, że są w ogóle niepotrzebne do życia. Tworzymy sieć wymiany usług, na razie na naszej ulicy, patrz (pokazuje listę z imionami i zajęciami, wygląda jak plan lekcji), tu ktoś uczy angielskiego, ta pani zajmuje się dziećmi z kamienicy, jest lekarz, a ta senora pierze... Nie chcemy rządu, podatków, pieniędzy. Czy to działa? No... dopiero zaczynamy. Z ulotki Roberta: "Sieć Niezależności Ekonomicznej to nowy organizm powołany przez ludzi wolnych. Jego celem jest utworzenie nowej, równoległej gospodarki, która w rękach ludzi byłaby skutecznym narzędziem wzrostu i głębokich przemian bez przemocy...". Już po nas - A kto ci powiedział, że nie może być czegoś innego niż rynek?! Mercedes Falcon, artystka i peronistka, próbuje mnie przekonać, że zdolności kreatywne człowieka nie mają granic. Podoba się jej pomysł gospodarki polegającej na sąsiedzkiej wymianie usług. Ludzie wymyślili monarchię, republikę, feudalizm, merkantylizm, kapitalizm, socjalizm, poligamię, monogamię, związki homoseksualne, a ile ga-tunków muzycznych? Więc co się uparłeś z tym rynkiem, wymyślimy coś lepszego! - Ale... - Zrozum, nie ma kapitalizmu humanistycznego, z ludzką twarzą, kapitalizm to koncentracja kapitału i władzy. Tak jak upadło imperium sowieckie, tak teraz upada neoliberalizm. Cała Ameryka Łacińska czeka, że my, Argentyńczycy, wymyślimy coś nowego, jakiś antyneoliberalizm. Nie może być tak, że jedna grupa krajów stale tylko zarabia, a inne całe życie płacą im odsetki. - Ale to wy, peroniści... - To nie peroniści. Menem, który sprzedał Argentynę obcym, wszystko rozkradł i pozaciągał długi, jest antyperonistą. To ja jestem peronistką! I powiem ci coś: wszyscy politycy, peroniści też, boją się tych nowych zgromadzeń, a co więcej - nic z tego nie rozumieją. Koledzy mówią: "Chodźmy przejąć ten ruch" albo "Pomóżmy im się zorganizować". Na to ja mówię: "Idź posłuchać, ale nic nie mów, że jesteś peronistą, bo ci skopią d...". Tego ruchu nie da się przejąć, z niego musi powstać coś nowego, i tego ci nasi strasznie się boją, bo ci nowi zajmą ich posady. I żebyśmy przysięgali nie wiem jak mocno, że część z nas jest uczciwa, nic nie pomoże. Już po nas. Rozpaczliwe tango Nawet papież Jan Paweł II zagrzmiał na argentyńskich polityków. 13 lutego największa gazeta "Clarin" na pierwszej stronie wielkim drukiem: "Demokracja argentyńska w niebezpieczeństwie, ostrzega Papież". Poprzedniego dnia Jan Paweł II przyjął w Rzymie argentyńskich biskupów. Kryzys w Argentynie, oznajmił, może doprowadzić do upadku instytucji demokratycznych i mieć reperkusje w całym regionie. Źródła upadku według Papieża: egoizm, brak społecznej solidarności, korupcja polityków, niekompetencja, a przede wszystkim głęboki kryzys moralny społeczeństwa. Papież wzywa do braterskiej solidarności między bliźnimi... Bo nim wybuchła nagła, sąsiedzka solidarność, w grudniu odbywało się plądrowanie sklepów i rozpaczliwa - niekiedy zbrojna - samoobrona właścicieli. Od rozpaczy podszytej egoizmem do "kochaj- my się". Jak w tangu: od ściany do ściany. Czy prezydent bluffował? Juan Manuel J. jest weteranem peronizmu i rozczarowanym dysydentem partii peronistowskiej. Nie należy tak pisać o swoich rozmówcach, ale złamię regułę, bo J. jest jak chodząca metafora... Nie ma z przodu kilku zębów, trzęsie nim - ledwo kawę dodźwiga do ust bez rozlania. Jest jak partia peronistowska, uśmiecha się, że niby OK, trzyma fason, ale... jak jest, każdy widzi. - Senor Arturo, jeśli Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie dogada się z naszym rządem, jeśli wzrosną ceny, a wzrosną, jeśli ruszy inflacja, to razem z 20-procentowym bezrobociem mamy detonator wybuchu. Te zamieszki z grudnia, kiedy było 35 ofiar, to nic w porównaniu z tym, co może się wydarzyć. Dlatego ten nowy ruch zgromadzeń, który wzbiera na naszych oczach, musi się samoograniczać, inaczej będzie rzeź. Ktoś inny przypomniał sobie, że Carlos Menem, jeszcze jako prezydent, ostrzegał: jeśli będą społeczne niepokoje, to znów, tak jak za rządów wojskowej junty (1976-1983), będą desaparecidos, czyli zniknięci, czyli zamordowani. Nikt nie umie powiedzieć, czy Menem groził, czy sugerował, że wie o czymś, np. o niezadowoleniu wojska. Przeważa opinia, że bluffował. W zamach stanu nikt dziś nie wierzy. Chyba że przyjdzie druga, silniejsza niż w grudniu, fala zamieszek. Ale i wtedy wojsko (za przyzwoleniem Amerykanów - jak mówią w Buenos) będzie tylko pacyfikować nastroje. Rządy żelaznej pięści to, jak wierzą na ogół Argentyńczycy, ponura i odległa historia. Dzieci w szoku - Kim będziesz, jak dorośniesz? - Bezrobotnym, jak mój tata. "Clarin" napisał reportaż o tym, jak dzieci przeżywają argentyńską zapaść. Bezsenność, stres, irytacja, nagłe wybuchy złości, smutek, depresja... Juan Carlos Volnovich, psychiatra dziecięcy, wyjaśnia, że przyszłość dorosłych jest tak niepewna jak nigdy, a dzieci to odbierają, są w szoku. Szpitale publiczne odnotowują, że wzrosła gwałtownie liczba dzieci pobitych przez rodziców. Zapełniają się dziecięce oddziały szpitali psychiatrycznych - to dzieci, które dostawały ataków paniki, nagłych depresji i lęków. "Czy jeśli mój tata pójdzie z rewolwerem do banku, żeby mu oddali pieniądze, to go zamkną w więzieniu?" - psychiatra przytacza pytanie swojego kilkuletniego pacjenta. - Co mogłem odpowiedzieć? Chyba tylko cytatem z Bertolta Brechta, że większym przestępstwem jest założenie banku niż jego obrabowanie. Pani profesor sztuk pięknych opowiada o swoich dzieciach: - Przed kryzysem mówiły: kup mi to, kup tamto. Teraz pytają: czy kupisz mi kiedyś, jak będziesz mogła? Kryzysowe słowa - To straszny paradoks - mówi Damian Gonzalez, fotoreporter, z którym rozmawiam o reportażu z "Clarin". - Kiedy Argentyńczycy przestali się naprawdę bać, to o rodziców i swoją przyszłość bać się zaczęły dzieci i nastolatki. Słyszałeś już o argentyńskim indywidualizmie z czasów dyktatury. Za junty ludzie izolowali się. Zrywało się kłopotliwe znajomości, nie zawierało nowych, bo znajomy mógł być "polityczny" albo mógł mieć innego znajomego, który był "polityczny", a za to groziło więzienie, tortury albo w ogóle "zniknięcie", wcale nie trzeba było być wywrotowcem. Argentyńczyk był nieufny w przyjaźni, w pracy, w interesach. A teraz? - Koniec strachu? - Tak! Zobacz, pijemy sobie kawę. Załóżmy, że jest gówniana... Argentyńczyk nie pije jej, ale płaci i bez protestu wychodzi z kawiarni. Tak było zawsze. Gdyby zaprotestował, podniósłby się krzyk, przyszedłby policjant... A policjant w Argentynie, to... Ja do dziś jestem mokry, kiedy zatrzymuje mnie drogówka. Przed laty zatrzymali mnie, bo nie miałem biletu w metrze. Po dwóch godzinach wypuścili, ale kolegę pobili i trzymali pięć dni w areszcie. Za brak biletu w metrze! Ale to się skończyło, ludzie przestali się bać. Po raz pierwszy od 26 lat. Nawet język już nie ten sam. Academia Portena del Lunfardo ogłosiła studium zawierające 60 nowych słów i pojęć. Corralito - limit wypłat z banku, skojarzony z wybiegiem dla zwierząt, zwanym "corral". Cacerolazo - marsz protestacyjny z waleniem w garnki (od "cacerola" - garnek). Piqueteros - ludzie blokujący w proteście społecznym drogi, mosty i inne kluczowe punkty komunikacyjne. Saqueo - plądrowanie sklepów, bazarów przez zbuntowany tłum. Pesificar - zamieniać na argentyńską walutę (peso) długi lub wierzytelności zaciągnięte w innej walucie. Wolisz Castro czy Busha? Dwa razy w Argentynie trafiał mnie szlag. Raz, gdy w Stuletnim Parku jedna pani sprzedawała rewolucyjne broszury, w tym "Dyktaturę proletariatu" Józefa Stalina. (Nieopodal ktoś przypominał na transparentach o 30 tysiącach ofiar wojskowej dyktatury). - A wie pani, ilu on zamordował ludzi? - Cóż, robił rzeczy dobre i złe. - A co dobrego? - Pomógł pokonać faszyzm. - I to usprawiedliwia? - Popełniał błędy, ale my uważamy, że robił rzeczy i złe, i dobre. Pan uważa tak, my tak. Kilka dni później znajoma, Claudia Stefanetti, która wykłada historię gospodarczą na uniwersytecie, objaśniała mi, że Argentyńczycy wiedzą dużo o zbrodniach Hitlera, a o Stalinie nic. Dlaczego? Może dlatego, że po wojnie przyjeżdżało wielu ocalonych z zagłady, publikowano ich relacje, a ludzie z Syberii jakoś nigdy tu nie dotarli. Drugi raz - kiedy w telewizorze zobaczyłem, jak w trakcie jednej z dziesiątek demonstracji, które odbywały się codziennie w różnych częściach miasta, ktoś niósł transparent: "Ben Laden byłby w Argentynie świętym". Antyjankesizm jest w Argentynie religią. I bynajmniej nie w pokoleniu starych peronistów czy guevarystów. Wszyscy chodzą do McDonald'sa i wszyscy nienawidzą Wuja Sama. "Błądzić jest rzeczą ludzką, a trafiać celnie - islamską" - jeden z latynoskich "dowcipów" o zamachu na World Trade Center, który mi powtórzono. Nocna rozmowa w knajpie. Mercedes opowiada o swojej przyjaciółce, zaprzysięgłej konserwatystce i katoliczce, która woli Fidela Castro od George'a Busha: - Kocham Fidela, mówi znajoma, bo ma twarde jaja, nie dał się tym jankesom. Stefan, nauczyciel z Buenos, zauważa przytomnie, że prawdziwe pytanie nie brzmi: "czy wolisz Castro, czy Busha?", lecz: "czy wolisz mieszkać w Hawanie, czy w Filadelfii?". Jeszcze w samolocie z Buenos Aires do Frankfurtu dyskutuję z dwójką Argentyńczyków. On, student dziennikarstwa z argentyńskiej Cordoby, leciał na studia do Barcelony. Ona, psychiatra, wybierała się na prak- tykę do Paryża. Gdy na ekranie telewizora pojawia się George Bush jr, krzywią się jak na komendę. Ona: - Amerykanie zainstalowali nam dyktaturę i zniszczyli gospodarkę. Ten Bush - troglodyta, alkoholik - bombarduje Afganistan... Ale ben Laden nie był dla niej świętym. Zawsze coś. Mercosur - Wycierpieliśmy od Ameryki dokładnie tak jak wy od Rosji - mówi Luis Garcia Conde, historyk i deputowany partii peronistowskiej we władzach Buenos Aires. - Polityka USA w Ameryce Łacińskiej była zawsze imperialna. To przy ich pomocy wprowadzono dyktaturę, która wymordowała 30 tysięcy ludzi - dużą część elity, związkowców, inteligencję. USA były niby naszym przyjacielem, a jak wybuchła wojna z Wielką Brytanią o Malwiny - Falklady, poparli panią Thatcher. To Ameryka wprowadziła model gospodarki, który zrujnował nasz kraj: prywatyzacje, spekulacje kapitałowe... Wszystko upadło, Argentyna nic dziś nie produkuje. Serce boli, jak patrzę, ilu młodych ludzi wyjeżdża z kraju. To profesjonaliści, którzy nie widzą dla siebie przyszłości. Uważamy, że naszą przyszłością jest Mercosur, czyli taka mała "Unia Europejska" obejmująca Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj. Ale Ameryka znów chce nam urządzić życie w ALCA, czyli strefie wolnego handlu obejmującej oba kontynenty amerykańskie. Chcą nam zrobić dolaryzację, a my chcemy mieć własną walutę. Itd. Amerykanie chcieliby pewnie znów rządów wojskowych w Argentynie, ale boją się, że wojsko skręci w stronę nacjonalizmu albo się podzieli i będzie wojna domowa. Nie wykluczamy, że powstanie rząd wojskowy z cywilem na czele. Mówi się, że możliwa jest amerykańska interwencja wojskowa albo pucz ze wsparciem amerykańskich żołnierzy w odwodzie. Nie dowierzam. Wojskowi z łamów prasy zapewniają, że wojsko pozostaje w koszarach. Zniknięci na kasetach wideo Do Warszawy przywiozłem z Argentyny kilka fabuł i dokumentów o historii kraju gauczów, yerba mate i Diego Maradony. W pierwszej kolejności zacząłem oglądać głośny swego czasu (w Argentynie) film La noche de los lapices, oparty na autentycznej historii. Grupka licealistów z La Platy domaga się szkolnych legitymacji, żeby mieć tańsze bilety na dojazdy do szkoły. Jest rok 1975. Biją się z policją, ale swego dopinają. Rok później władzę w kraju przejmują wojskowi i zawieszają uczniowskie prawa. Młodzież trochę się burzy, ale w końcu najważniejsze to całować się z dziewczynami, potańczyć, zapalić. Ktoś z kimś dyskutuje o peronizmie i Che Guevarze, ale na boku, przy okazji. Pewnego dnia jednak licealiści obwieszają szkołę ulotkami - "precz z dyktaturą", "przywrócić prawa uczniowskie" Jednej z następnych nocy zostają wszyscy wyciągnięci z łóżek, skuci, z zawiązanymi oczami zamknięci w aresztach, torturowani prądem, a po tygodniach i miesiącach maltretowania - wszyscy zamordowani, a precyzyjniej - "zniknięci". Przeżył jeden, który opowiedział tę historię. Włączyłem drugą kasetę - film dokumentalny La republica perdida, który opowiada historię Argentyny ostatnich siedmiu dekad. Zaczynam od drugiej części, na której są dokumentalne zdjęcia z czasu, o którym opowiadała fabuła o licealistach. Zdjęcia z 1978 roku, dwa lata po wojskowym zamachu stanu: uśmiechnięty Henry Kissinger przybywa do Argentyny z okazji mistrzostw świata w piłce nożnej. Dusery między niedawnym sekretarzem stanu USA, politycznym współautorem latynoamerykańskich dyktatur, i reżimowymi dziennikarzami. Przed kamerami - fiesta z udziałem symbolu amerykańskiej dyplomacji lat 70. Poza telewizyjnym kadrem - hekatomba 30 tysięcy zamordowanych i wielokrotnie więcej więzionych, torturowanych. Obrazy działają silniej niż słowa. Dlaczego antyjankeska fala wzbiera właśnie teraz? Bo 11 września? Bo kryzys, w którym Ameryka ma swój udział? Bo koniec strachu? Antyamerykańskie emocje istniały zawsze, ale nie miały ujścia. Wraz z wybuchem rewolucyjnego entuzjazmu, solidarności, rozpolitykowania zadawnione urazy urastają do potęgi. Dokąd wszystko to zaprowadzi? Pedro pisze wiersz 12 lutego umiera Rodolfo Galimberti. Jego przedwczesna śmierć, miał 52 lata, nabiera teraz niewiarygodnej symboliki. Jakby wymyślił ją literat albo scenarzysta. Żył na krawędzi - jako dowódca partyzantki miejskiej montoneros i jako szalony motocyklista, który po pięćdziesiątce gnał na harleyu davidsonie 250 km na godzinę. Jako młody chłopak związał się z faszyzującą prawicą, potem zapatrzył się w pozostającego na wygnaniu Juana Perona. Dowódca montoneros zasłynął z porwania dwóch biznesmenów - braci Juana i Jorge Bornów, których uwolnił za rekordowy w tamtej epoce okup 60 mln dolarów. Potępiony publicznie przez Perona, politycznie osierocony, żył przez lata w ukryciu - najpierw w kraju, a po wojskowym zamachu stanu - na emigracji. W latach 80. został przyjacielem i wspólnikiem Jorge Borna, tego samego którego porwał kilka lat wcześniej. Zaczął wystawnie żyć, szastał pieniędzmi, zmieniał kobiety i pokazywał to światu. W młodości zaprzysięgły wróg jankesów, w ostatnich latach z byłymi agentami CIA założył agencję ochroniarsko-detektywistyczną. Lobbował na rzecz wielkich amerykańskich firm, mówiło się, że pracował dla CIA. Mimo choroby układu krążenia palił kubańskie cygara, pił Jacka Danielsa i jadł bez umiaru... Nigdy nie spał dwa razy w tym samym miejscu. Odszedł symbol Argentyny zafascynowanej przemocą - tej z lat 70. - i symbol Argentyny zauroczonej pieniędzmi, konsumpcją, zbytkiem - tej z lat 90. Teraz w stukocie garnków i gorączce nocnych zgromadzeń rodzi się nowa Argentyna... Pedro, socjolog, przysłał mi pocztą elektroniczną esej o tym, że nie wiadomo, co będzie - esej, a właściwie jak wiersz: "...rzeki buntu kręty mają bieg. Jedne giną na chwilę między kamieniami, czasami w ogóle znikają, inne wypełnia błoto i brud, ale też oczyszczają przez to grunt, żeby kwiaty wyrosły piękniejsze...".
