Chcemy innej formuły ustrojowej
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 18 czerwca 2002)

6 czerwca, w studio Polskiego Radia Bis, w dyskusji przy otwartym mikrofonie, prof. 
Antoni Kamiński, z Instytutu Studiów Politycznych PAN i wykładowca Katolickiego 
Uniwersytetu Lubelskiego, wyraził pogląd, że od 12 lat trwa w Polsce nieustanna walka 
partii politycznych ze społeczeństwem obywatelskim. Uważam to spostrzeżenie za 
niezwykle trafne. Od dawna wielu analityków i obserwatorów życia politycznego 
stwierdza, i głosy takie coraz częściej pojawiają się w najbardziej opiniotwórczych 
mediach, że w naszym kraju demokracja szybko wyrodziła się w partiokrację. Jednakże 
opinia prof. Kamińskiego zwraca uwagę na inny aspekt sprawy.
Partiokracja oznacza rządy partii, z partiokracją mieliśmy do czynienia przez pół 
wieku rządów partii komunistycznej w Polsce. Ta partia nie zdobyła władzy  
uzyskała władzę na mocy podboju Polski przez Armię Czerwoną. Bagnety sowieckie były 
zarówno jej legitymacją, jak i gwarancją i zabezpieczeniem. Dzięki tej gwarancji i 
zabezpieczeniu komuniści mogli zająć się rządzeniem Polską i realizacją koncepcji 
programowych. Jedyną drogą awansu społecznego była droga partyjna. Aby zostać 
naczelnikiem poczty, dyrektorem szkoły podstawowej, kierowniczką przedszkola, nie 
mówiąc już o dyrektorze fabryki, profesorze uniwersytetu, a cóż dopiero o wyższych 
stanowiskach państwowych – trzeba było mieć poparcie i akceptację partii. Powstała 
specyficzna struktura społeczna, ale przynajmniej była czytelna i zrozumiała, 
posiadała uzasadnienie ideologiczne i konstytucyjne umocowanie prawne. Partia 
komunistyczna dostała w prezencie państwo polskie i urządzała je na swój ład.
Od roku 1989 sytuacja zmieniła się zasadniczo. Pomimo ogromnych wysiłków w tym 
kierunku, system partyjny w Polsce jest wciąż, od 13 już lat, w stanie formowania i 
rodzenia się. Partie polityczne, które w taki czy inny sposób dochodzą do władzy nie 
rządzą, ale urządzają się, albowiem, żeby mogły rządzić muszą się najpierw urządzić. 
Oznacza to, że muszą zdobyć środki materialne niezbędne dla ich dalszego 
funkcjonowania i bytu politycznego. Środki niezbędne do tego, aby partia polityczna 
stabilnie funkcjonowała w kraju, tak dużym jak Polska, są ogromne. Ich zdobycie 
stanowi conditio sine qua non politycznej egzystencji. Dlatego właśnie, od 13 lat, 
trwa nieustanny skok na kasę, nieustanne rozdrapywanie przez partie polityczne majątku 
narodowego, nieustanny nacisk na budżet państwa i wydzieranie łupów, zażarta walka o 
stanowiska, apanaże i beneficje. Za ten stan rzeczy odpowiada nie tylko ułomna natura 
ludzka: ale formuła ustrojowa przyjęta po 1989 roku.
Jeśli porównamy składy kolejnych parlamentów od czasu pierwszych wolnych wyborów w 
roku 1991, Sejmy I, II, III i IV Kadencji, zobaczymy, że jedynymi partiami jakie w 
kolejnych sejmach znalazły miejsce są postkomunistyczne struktury partyjne SLD i PSL. 
A zatem partie, które przejęły znaczną część schedy po komunistycznych poprzednikach: 
PZPR i ZSL. Jedynie one nie musiały najpierw toczyć zażartej walki o każdy lokal i 
kawałek gruntu, każdą maszynę do pisania, komputer, telefon czy faks. Na dodatek, 
wykorzystując swoją uprzywilejowaną pozycję i usadowienie w strukturach państwa 
zdołały, szyto-kryto, przetransferować znaczną część finansów publicznych na swoje 
konta. Kanałami tego transferowania stały się, nadal tylko częściowo ujawnione, głośne 
afery jak FOZZ, Art. B, rublowa, alkoholowa i wiele innych. W książce Piotra Gabryela 
i Marka Zieleniewskiego „Piąta władza czyli kto naprawdę rządzi Polską?”, 
opublikowanej w roku 1998, autorzy piszą o Holdingu Towarzyskim Mieczysława 
Rakowskiego albo inaczej o Holdingu 
Samych Swoich. Nie jest więc przypadkiem czy dowodem na nieudolność naszych 
prokuratorów i sędziów, że żadna z tych wielkich afer nie została do dzisiaj ani 
rozliczona, ani nawet oficjalnie wyjaśniona.
Poza SLD i PSL, żadna z około 30 partii politycznych, które zasiadały w Sejmie I 
Kadencji, nie przetrwała nie tylko w parlamencie, praktycznie 
wszystkie zniknęły z życia publicznego. Również w Sejmie IV Kadencji, poza SLD i PSL, 
nie ma innej partii, która miałaby swoich posłów chociażby tylko w Sejmie III 
Kadencji. Wielu zdezorientowanych Polaków upatruje w tym wyższą jakość 
postkomunistycznych struktur partyjnych, jakieś ich nadzwyczajne zalety typu 
„lojalność”, „dyscyplina”, „zdolność organizacji” – cechy, których jakoby nie wykazuje 
warcholskie, niezdyscyplinowane, nierządne społeczeństwo polskie, a przynajmniej tzw. 
prawa jego część. Jest to pogląd błędny i nie uwzględniający wymowy faktów. Po prostu 
żadna z tych partii, przez krótki czas w jakim była dopuszczona do udziału we władzy, 
nie potrafiła przechwycić wystarczających środków materialnych zapewniających trwałą 
egzystencję na scenie politycznej. Ani Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny 
premier w Europie Środkowej, ani jego następca Jan Krzysztof Bielecki, ani Jan 
Olszewski, ani Hanna Suchocka, ani Jerzy Buzek nie zapewnili swoim partiom 
wystarczających środków. Dlatego nie ma już Unii Demokratycznej, Kongresu 
Liberalno-Demokratycznego, Ruchu Odbudowy Polski, Unii Wolności czy Akcji Wyborczej 
Solidarność. Okazało się, że nawet 4 lata nieprzerwanych rządów AWS nie wystarczyły, 
aby się odpowiednio „urządzić” i zapewnić egzystencję polityczną partii na najbliższe 
lata.
Obecnie, kiedy przy władzy znalazły się nowe partie, które nie istniały w poprzedniej 
kadencji, możemy z prawie stuprocentową pewnością przewidzieć, że czeka je ten sam 
los. Niestety, jeśli nie ulegnie zmianie formuła ustrojowa, ich beznadziejna walka o 
przetrwanie będzie nas dużo kosztowała. Ponieważ, śladem swoich poprzedniczek 
partyjnych, skoncentrują działanie na problemie zdobycia środków na dalszą polityczną 
egzystencję. Jest to dla nich problem Numer 1, który spycha i będzie spychał na dalszy 
plan wszelkie, głoszone nawet w najlepszej wierze, postulaty programowe. Taka jest 
bowiem nieubłagana logika formuły polityczno-ustrojowej jaką pozwoliliśmy sobie 
narzucić.
Teraz jednak znajdujemy się w innej sytuacji społeczno-politycznej niż miało to 
miejsce w roku 1990 czy 1994. Wszystkie główne łupy zostały już rozebrane, a 
najsmakowitsze kąski skonsumowane. Dlatego głównym terenem rywalizacji i miejscem, w 
którym jakieś środki jeszcze są do zdobycia, pozostały struktury samorządowe. I to 
właśnie jest przyczyną, dla której z kadencji na kadencję, z roku na rok, obserwujemy 
postępujące i pogłębiające się upartyjnienie samorządu terytorialnego.
Politycy z obozu przeciwnego SLD, nawołują nieustannie, abyśmy opowiedzieli się po ich 
stronie, pomogli zbudować ich partie prawicowe czy centro-prawicowe i dali im te 
środki, bez których nie są w stanie prowadzić skutecznej walki z postkomunistami. 
„Trzeba dopomóc systemowi partyjnemu, który jest młody i jeszcze nie okrzepł 
wystarczająco”. Od października ubiegłego roku, w około 40 wystąpieniach w Radio 
Rodzina, starałem się pokazać, że ta droga prowadzi donikąd, że istnieje alternatywa 
dla partyjnego urządzania się naszym kosztem, inna formuła ustrojowa, inna koncepcja 
demokracji i partii politycznych. I że tej formuły nie wymyśliłem ani ja, ani prof. 
Kamiński, ani żaden inny profesor jakiegokolwiek uniwersytetu. Ta formuła sprawdziła 
się doskonale w praktyce wielu krajów świata, od USA i Wielkiej Brytanii poczynając, a 
zaczyna się od słów jednomandatowe okręgi wyborcze. Dlatego dzisiaj, na kilka miesięcy 
przed wyborami samorządowymi, proponuję moim słuchaczom i czytelnikom tylko jedno: 
wypowiedzmy wojnę tym partiom, które nie zrobią niczego zanim nie obedrą nas ze skóry: 
jeśli pójdziemy do wyborów pomagajmy komitetom lokalnym, bezpartyjnym, a przede 
wszystkim domagajmy się wszędzie, gdzie tylko się da, jednomandatowych okręgów 
wyborczych.


_________________________________________________________________
Get your FREE download of MSN Explorer at http://explorer.msn.com/intl.asp.

Odpowiedź listem elektroniczym