http://www.bibula.com/17/tolerancja.html
Tolerancja
dr Stanislaw Krajski
Kiedyś zaproszono mnie do szkoły, abym powiedział coś uczniom o
tolerancji. Moja wypowiedź była krótka. Pokazałem im cztery
książki: Pismo Święte, "Breviarum fidei" (wybór najważniejszych
doktrynalnych dokumentów Kościoła), dokumenty Soboru
Watykańskiego II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Następnie
powiedziałem: "W żadnej z tych książek nie występuje słowo
tolerancja.
W kulturze i praktyce chrześcijańskiej odpowiednikiem tolerancji
jest miłość. Mamy kochać ludzi, a nie ich tolerować".
Ta oczywista prawda chrześcijaństwa jest jednak coraz mniej w
Polsce oczywista. Mass media robią wszystko, by tolerancja stała
się podstawową wartością w naszej kulturze. Wspiera je szkoła, a
nawet niektóre środowiska katolickie. Te wysiłki są coraz
bardziej skuteczne. Onegdaj słyszałem w Radiu PLUS dyskusję, z
której wynikało wprost, że tolerancja to podstawowa cnota
ewangeliczna. Upowszechnianiu czegoś, co można by już nazwać
kultem tolerancji, towarzyszą zabiegi wprowadzające w życie, tak
w myśleniu, jak i w działaniu, jej podstawowe zasady.
Cóż to jest tolerancja?
Tak oto definiuje ją "Mały słownik terminów i pojęć
filozoficznych" (Warszawa 1983): "Postawa wyrażająca się w
przyznawaniu innym prawa do wypowiadania własnych poglądów i do
zgodnych z nimi zachowań, chociaż są odmienne od tego, co samemu
się uważa za prawdziwe i słuszne".
Jest to świetna definicja. Wystarczy chwilę nad nią podumać, by
dojść do wniosku, że doktryna tolerancji jest niekonsekwentna,
wewnętrznie sprzeczna, wręcz absurdalna i niebezpieczna.
Jeżeli bowiem będziemy przyznawać dosłownie wszystkim ludziom
prawo do "wypowiadania własnych poglądów i do zgodnych z nimi
zachowań", to tym samym automatycznie będziemy zgadzać się na
każde ewidentne, nawet największe zło. Nawet najzagorzalsi
zwolennicy tolerancji zgadzają się w praktyce na to, że
tolerancja ma jednak pewne granice. Określanie tych granic przez
głosicieli tolerancji dokonuje się w sposób, z konieczności
zresztą, dosyć dowolny. To oni więc w konsekwencji zaczynają
sami autorytatywnie, w oparciu o jakieś swoje bliżej
niesprecyzowane przeświadczenia i odczucia określać, co jest
jakimś złem, którego nie można tolerować. Bardzo często zdarza
się, że takim złem, obok np. hitleryzmu, jest wszystko to, co
związane jest z chrześcijaństwem, a przede wszystkim z
katolicyzmem. Fanatycy tolerancji argumentują w takich
wypadkach, że dlatego nie można tolerować pewnych poglądów i
postaw właściwych dla chrześcijan, bo godzą one w... tolerancję.
Ten argument jest nielogiczny i zabawny, ale też jakoś
przerażający. Ujawnia on, że doktryna tolerancji i samo zjawisko
tolerancji niewiele ma w istocie wspólnego z akceptacją drugiego
i szacunkiem do niego.
Zauważmy przy tej okazji, że przytoczona definicja tolerancji
nie wyklucza poglądów i zachowań negujących samą tolerancję. W
teorii zwolennicy tolerancji powinni więc akceptować nie tylko
chrześcijaństwo, lecz także każdy autorytaryzm. W praktyce są
bardziej skłonni tolerować np. satanizm niż katolicyzm.
Dlaczego?
Doktrynalnym fundamentem tolerancji jest relatywizm poznawczy
(nie ma obiektywnej prawdy) i moralny (nie ma obiektywnego
dobra). Tolerancja jest zatem, ze swojej istoty, postawą
akceptacji dla różnej maści relatywistów, którzy głoszą ten sam
pogląd, a różnią się co najwyżej w sposobach jego uzasadniania.
Tolerancja obejmuje, ale już tylko na zasadzie pobłażania,
wszystkich tych, którzy uznają jakieś "prawdy" i jakąś
"moralność", ale podkreślają przy każdej okazji, że są to
wyłącznie ich "prawdy" i ich "moralność" i nie negują "prawd" i
"moralności" przyjmowanych przez innych. Promotorzy tolerancji
zwracają się więc np. do katolików, mówiąc: "Jeżeli chcecie być
tolerancyjni, przyznajcie, że wasze 'prawdy' są tylko wasze i że
nie są lepsze od 'prawd' np. buddyzmu". Wielu katolików zaczyna
już bezmyślnie reagować na to wezwanie, zapominając o
fundamentalnych dla chrześcijaństwa twierdzeniach, że jedynym
Zbawicielem jest Jezus Chrystus, że to On jest Prawdą, Drogą i
Życiem, i że życie sprzeczne z Bożymi przykazaniami jest życiem
chybionym, nie tylko godzącym w Boga i Zbawienie, ale niszczącym
samego człowieka.
Katolik nie może tolerować fałszu i zła. Musi tylko pamiętać o
tym, że zwalczając je, nie wolno mu złamać któregokolwiek z
dziesięciu przykazań, a przede wszystkim dwóch przykazań
miłości.
Tolerancji nietolerancja
Czy w perspektywie prawdy i dobra i w chrześcijańskiej
perspektywie możemy w ogóle mówić o tolerancji czy
nietolerancji?
Gdy ostatnio występowałem w telewizji TRWAM i wspomniałem o
tolerancji, zareagował na to telefonicznie jeden z telewidzów,
sugerując, że dla tolerancji jest tyle miejsca w życiu, co w
budownictwie. W trakcie budowania domu należy trzymać się ściśle
pewnych wyliczeń. Dopuszcza się tu tolerancję rzędu paru
milimetrów. Uwaga ta świetnie ilustruje coś, co można by nazwać
chrześcijańską tolerancją. Możemy tolerować pewne drobne
odchylenia od norm i tylko te, które nie owocują fałszem i złem.
Czy odrzucając tolerancję, przyjmujemy postawę nietolerancji?
Oczywiście, że nie. Nie ma tu takiego prostego przeciwstawienia:
albo jesteś tolerancyjny, albo nietolerancyjny. Jeżeli coś nie
jest czarne, to nie oznacza, że musi być białe. Może być
przecież albo zielone, albo żółte, albo np. czerwone.
Katolik ma być przeciwnikiem tolerancji i niewolnikiem miłości,
która pragnie dla osoby ukochanej prawdy i dobra. Sytuacja tutaj
ma być taka sama, jak sytuacja matki kochającej swoje dziecko,
która nie będzie tolerować nie tylko narkotyków w życiu swojego
dziecka, ale i jego lenistwa, głupoty, kłamstwa itd. Zrobi
wszystko, by jej dziecko było dobrym, mądrym, prawym, uczciwym i
szczęśliwym człowiekiem. Jeśli dziecko popełni zło lub będzie
błądzić w jakikolwiek sposób, nie spotka się ze strony matki z
postawą nietolerancji, odrzucenia, ale postawą miłości walczącej
o prawdę i dobro, postawą, która nie będzie godzić w fałsz i zło
tak, by zarazem negować dobro dziecka i samo dziecko.
Zwolennicy tolerancji bronią np. sekt, domagając się dla nich
swobody - tolerancji. Potem, gdy w wyniku działania jakiejś
sekty dochodzi do drastycznej zbrodni, umywają ręce jak Piłat,
nie chcąc zauważyć, że współodpowiadają za tę zbrodnię. Gdy
kierujemy się miłością bliźniego, uniemożliwiamy jednym bliźnim
czynić szkodę innym. Miłość nam podpowiada, że mamy tu prawo
posunąć się bardzo daleko, by uniknąć zła, nawet aż do
ograniczenia wolności krzywdzicieli. Gdy jedno z naszych dzieci
robi krzywdę pozostałym, wkraczamy stanowczo, uniemożliwiając
zło, posuwając się tak daleko, jak to jest konieczne. Nie ma to
nic wspólnego z nietolerancją.
Masońskie korzenie
Kto sformułował doktrynę tolerancji? Kto pierwszy i najgłośniej
się jej domagał? Można tu wyróżnić dwie grupy ludzi.
Po pierwsze, będą to wyznawcy tolerancji, dla których świętością
jest relatywizm poznawczy i moralny. Dla kogo to jest świętość?
Dla wszystkich tych, którzy człowiekowi, a przynajmniej wybranym
ludziom, przyznają status bóstwa. Relatywizm wiąże się przecież
z przekonaniem, że każdy może sobie kreować prawdę i dobro. Tego
zaś, kto jest autorem prawdy i dobra, nazywamy inaczej Bogiem.
Tych, którzy nazywają człowieka Bogiem, określamy w zależności
od genezy ich poglądów albo poganami albo satanistami.
Pogaństwo, jak zresztą i satanizm, ma tysiące twarzy. Jedną z
sekt pogańskich jest np. masoneria. Masoni zawsze programowo
głosili tolerancję. Jej promocję można znaleźć na łamach
większości numerów masońskich periodyków, takich jak "Ars Regia"
czy "Wolnomularz Polski". Dla ilustracji przytoczmy tu jedną z
publicznych wypowiedzi Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu
Polski prof. Andrzeja Nowickiego. Uzasadniając swoje wstąpienie
do masonerii, stwierdził: "Można powiedzieć, że w świecie
masońskim przebywam już kilkadziesiąt lat, a moje wstąpienie do
loży Europa w 1994 roku było tylko formalnością.
Potwierdzającą moją działalność na rzecz wolnej myśli,
tolerancji, świeckości państwa oraz wierności zasadom wolności,
równości i braterstwa narodów. Czyli ideom, na których opiera
się działalność masonerii" ("Sukces", kwiecień 1998).
Druga grupa promotorów tolerancji to wszelkiej maści formacje,
które w danym momencie stanowią słabą mniejszość. Głoszą oni
tolerancję, by uchronić siebie przed negacją, delegalizacją itp.
Głoszą tolerancję tylko taktycznie. Gdy rosną w siłę,
natychmiast przestają być tolerancyjni i narzucają swoją
ideologię.
Doktryna i praktyka tolerancji w jakiejś mierze wyrasta z teorii
i rzeczywistości Rewolucji Francuskiej. Rewolucja ta pokazała,
na co stać fanatyków tolerancji. Apogeum ich postawy wobec
inaczej myślących była Wandea i eksterminacja tysięcy katolików.
W tym kontekście można postawić bardzo zasadne, jak się wydaje,
pytanie. Co zrobiliby dziś z nami głosiciele tolerancji, gdyby
byli silniejsi, gdyby mieli więcej i to bardziej nieograniczonej
władzy? Być może też poderżnęliby nam gardła.
Aleksander Małachowski, odbierając nagrodę za osiągnięcia w
dziedzinie tolerancji, stwierdził, że nie ma tolerancji dla
przeciwników tolerancji. Wyraził tym samym pogląd, że dla nas,
katolików, dla nas, Polaków, tolerancji nie ma.
Odpowiadamy na to: nie ma tolerancji dla zwolenników tolerancji.
Nie można pozwolić, żeby nasz polski dom się zawalił.