http://www.nczas.com/?a=show_article&id=1995
nczas.com Czerwone i czarne Stanisław Michalkiewicz "Czekamy ciebie czerwona zarazo, / Byś wybawiła nas od czarnej śmierci, / Byś nam kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci, / Była zbawieniem witanym z odrazą" - napisał 29 sierpnia 1944 r. Józef Szczepański, ps. Ziutek. W takim położeniu postawiła warszawskich powstańców konferencja "wielkiej trójki" w Teheranie, gdzie między 28 listopada a 1 grudnia 1943 roku ustalono, że Polska będzie "zaprzyjaźniona" ze Związkiem Sowieckim, który na wszelki wypadek przesunie swoją zachodnią granicę aż do tzw. linii Curzona. Na wschód od tej linii Stalin nie tolerował więc żadnych "wojsk sojuszniczych" i zwyczajnie kazał rozbrajać i aresztować AK-owców walczących w Niemcami w ramach akcji "Burza". Na zachód zaś, a zwłaszcza w Warszawie, żadna formacja podporządkowana rządowi, który chyba nawet jeszcze nie wiedział, że powinien być "przyjazny" Sowieciarzom i zamierzał być niepodległy, nie była Stalinowi potrzebna. Skoro zatem polski zryw ku niepodległości mógł być zduszony rękoma niemieckim, to tym lepiej. "Czerwona zaraza" ani myślała wybawiać kogokolwiek od "czarnej śmierci". Po co miała być naszym "zbawieniem", skoro za zgodą naszych sojuszników zostawała właśnie naszym przeznaczeniem? To są dziś rzeczy powszechnie znane, więc jeśli w przeddzień 60. rocznicy Powstania do nich wracam, to gwoli przypomnienia, że było ono rozpaczliwą próbą nie tyle może nawet ocalenia, co raczej demonstracji przywiązania do niepodległości Polski. Takie rzeczy warto przypominać, a nawet przypominać trzeba zwłaszcza dzisiaj, kiedy polski rząd podpisał traktat konstytucyjny, którego logicznym następstwem jest i musi być likwidacja niepodległego bytu państwa polskiego i utrata suwerenności. Dzisiaj jest akurat taka sytuacja, że można nie odczuwać z tego powodu specjalnego żalu, bo aktualna postać polskiej państwowości ma charakter pasożytniczy i coraz bardziej wrogi ludzkiej wolności, ale po pierwsze, tak wcale być nie musi, a po drugie - n iewola wydaje się przyjemna tylko na początku. Intuicyjnie czują to również i ci, którzy Anschluss poparli, bo chyba dlatego próbują jakoś się wytłumaczyć. Niektóre z tych tłumaczeń byłyby nawet zabawne, gdyby sprawa nie była tak poważna. Na przykład ks. Prymas Józef Glemp uzasadnił swoje poparcie dla Anschlussu mniej więcej tak: MUSIMY WEJŚĆ, BO NIE MA WYJŚCIA. Ale ks. abp Życiński, obok JE bpa Pieronka czołowy przedstawiciel europejsów w Episkopacie, już inaczej: suwerenność już się przeżyła, więc w takiej sytuacji próba bronienia jej, to zawracanie Wisły kijem. Trochę zamętu do tej argumentacji wprowadza decyzja prezydenta Busha, by nowy rząd iracki wyposażyć w "pełną suwerenność", nad czym czuwać ma również generał Bieniek na czele wielonarodowej dywizji. Czy gdyby suwerenność naprawdę już się przeżyła, prezydent Bush zadawałby sobie tyle trudu, by wyposażać w nią irackiego Bolesława Bieruta, któremu wojsko polskie w dodatku szkoli UB? Ale mniejsza z tym; być może co dobre dla Iraku, to niedobre dla Polski. Jeśli jednak abp Życiński ma rację, to warto zastanowić się, od kiedy właściwie suwerenność stała się przeżytkiem. Jak wiadomo, przedwojenny rząd polski nie chciał przystać na propozycje Hitlera, żeby przekazać Niemcom tzw. korytarz i Gdańsk, bo nie chciał oddać "ani guzika". Adolf Hitler uważał, że te propozycje są dla Polski całkowicie do przyjęcia, więc miał na suwerenność naszego państwa pogląd zbliżony do dzisiejszego poglądu ks. Arcybiskupa. Inaczej rząd polski, który propozycje te odrzucił. Najwyraźniej musiał uważać, że suwerenność jeszcze się nie przeżyła. Podobnie myślały rządy W. Brytanii i Francji, kiedy wypowiedziały Niemcom wojnę. U nas wielu ludzi do dzisiejszego dnia uważa, że zrobiły to w obronie suwerenności Polski i nawet odczuwa z tego powodu wdzięczność. Tymczasem uczyniły to w obronie własnego, mocarstwowego statusu. Rzecz w tym, że Hitler dotychczas jeśli nawet uzyskiwał różne zdobycze, to przynajmniej starał się zachować pozory, że robi to w ramach porządku wersalskiego, tzn. zabiegał o aprobatę W. Brytanii i Francji. Jednak 23 sierpnia 1939 r. minister Ribbentrop podpisał z ministrem Mołotowem porozumienie o podziale Europy Środkowej nie tylko bez zgody, ale nawet bez konsultowania W. Brytanii czy Francji. Puszczenie tego przez nie płazem oznaczałoby, że z utratą mocarstwowego statusu się pogodziły. Jeśli zatem broniły czegokolwiek, to przecież nie Polski, tylko własnej mocarstwowej pozycji. Polska, "wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego", stanęła do tej walki jako pierwsza, chociaż mogła przecież jakoś z Niemcami się dogadać, ot, choćby tak, jak robi to dzisiaj. Ale najwyraźniej wtedy jeszcze suwerenność się nie przeżyła. W którym momencie się zatem przeżyła? Czy podczas konferencji w Teheranie, której skutki odczuli w tak dotkliwy sposób powstańcy w Warszawie, że aż Józef Szczepański dał tym uczuciom wyraz w cytowanym wierszu? Czy może dopiero podczas konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku, kiedy to "wielka trójka" ustaliła sposób zachowania w Polsce pozorów? Jeśli nawet, to nie wszyscy się z tym jeszcze pogodzili; 31 października 1956 roku na Węgrzech pod presją opinii publicznej nawet komunista premier Emeryk Nagy ogłosił wystąpienie Węgier z Układu Warszawskiego i neutralność. Najwyraźniej nie uważał, by suwerenność już się przeżyła. Wprawdzie można powiedzieć, że nie rozpoznał znaków czasu i się pomylił, bo został za to skazany na śmierć i w 1958 roku stracony, ale w 1989 roku został znów zrehabilitowany. Czyżby więc suwerenność nie przeżyła się jeszcze w roku 1989, mimo iż w 1968 roku ogłoszono już tzw. doktrynę Breżniewa o "ograniczonej suwerenności państw socjalistycznych"? Szkoda zatem, że JE abp Życiński nie chce nam powiedzieć, od kiedy właściwie suwerenność się przeżyła i skąd właściwie czerpie tę pewność? Wydaje się to ważne zwłaszcza w przededniu obchodów 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w których na pewno będzie chciał wziąć udział prezydent Kwaśniewski również stojący na stanowisku, że suwerenność to przeżytek. W takim razie jego udział w obchodach rocznicy Powstania byłby niewskazany z kilku powodów. Po pierwsze - byłby to nietakt wobec powstańców, którzy na suwerenność mieli całkiem odmienny pogląd. Po drugie - tak się akurat składa, że pan prezydent Kwaśniewski zawdzięcza swoje wyniesienie i pozycję temu, że jego polityczni antenaci i preceptorowie wdeptywali powstańców warszawskich w ziemię. Zestawmy sobie tylko: taki, dajmy na to, Andrzej Romocki "Morro" i... Aleksander Kwaśniewski. Mógłby mu co najwyżej czyścić buty. Wreszcie trzeba zatroszczyć się też o młode pokolenie, które naprawdę zaczyna myśleć, że kurewstwo to stan naturalny człowieka. Stanisław Michalkiewicz
