http://www.znak.com.pl/znak/klodkowski.html
GLOBALNY STRACH EUROPY
Piotr KÅodkowski
Terror w historii Åwiata, i to nie tylko ten stosowany przez paÅstwa, ale takÅe ten, od ktÃrego nie stroniÅy poszczegÃlne grupy, organizacje, a nawet jednostki, byÅ i jest nadal doÅÄ trwaÅym elementem krajobrazu politycznego, spoÅecznego i ï niestety, niestety ï takÅe religijnego. OczywiÅcie w tym ostatnim wypadku wiele osÃb wolaÅoby mÃwiÄ raczej o dziaÅaniu motywowanym albo usprawiedliwianym takÄ czy innÄ, ale najczÄÅciej szalonÄ interpretacjÄ przesÅania metafizycznego. Trudno odmÃwiÄ im racji, tyle Åe nie sposÃb rÃwnieÅ zanegowaÄ tego, iÅ to wÅaÅnie ten ostatni rodzaj terroryzmu wydaje siÄ najbardziej Åywotny. Terrorystami, przynajmniej wedÅug naszych wspÃÅczesnych kryteriÃw, byli juÅ przecieÅ asasyni, ktÃrych okrucieÅstwa wzglÄdem krzyÅowcÃw opisywaÅ Marco Polo. Co jednak moÅe zdumiewajÄce dla wielu EuropejczykÃw, to nie chrzeÅcijanie byli jedynymi, a nawet najwaÅniejszymi ich wrogami. Asasyni, jako zagorzali wyz
nawcy szyizmu, nie szczÄdzili krwi swoich sunnickich wspÃÅbraci. Z ich rÄk zginÄÅ abbasydzki kalif Al-Mustarszid, seldÅucki wezyr w Persji, a i sam sÅynny Saladyn kilkakrotnie cudem uniknÄÅ przygotowanej przez nich zasadzki. Terrorystami, odwoÅujÄcymi siÄ do religijnej doktryny, byli thugowie, wyznawcy hinduskiej bogini Kali. Rytualne morderstwa i skÅadanie ofiar stanowiÅy po prostu czÄÅÄ ich tradycji, trwajÄcej ï bagatela! ï prawie tysiÄc dwieÅcie lat. Prawdopodobnie w ciÄgu tego okresu na oÅtarzu Kali zamordowano prawie milion mÄÅczyzn, kobiet i dzieci, co daje straszliwÄ w swym wymiarze ÅredniÄ ï 800 osÃb rocznie. Jako terrorystÃw moÅemy teÅ zapewne zaklasyfikowaÄ Åydowskich zelotÃw, walczÄcych przeciwko rzymskiej okupacji Izraela, ale takÅe mordujÄcych swoich wspÃÅobywateli winnych zdrady lub apostazji, a najlepiej jednego i drugiego. Morderstwa dokonywano publicznie, sztyletem zwanym sica, co, rzecz jasna, miaÅo teÅ znaczen ie psychologiczne. Jak twierdzi bowiem Bruce Hoffman, autor Obliczy terroryzmu, to wÅaÅnie publiczny akt przemocy stanowiÅ swoisty przekaz medialny, ktÃry ï niemal jak dzisiejszy obraz prezentowany przez CNN czy BBC ï miaÅ trafiÄ do zainteresowanych, czyli rzymskiej administracji oraz Ãwczesnych mieszkaÅcÃw Izraela myÅlÄcych o ewentualnej wspÃÅpracy z Rzymem.
rzecieÅ zdecydowana wiÄkszoÅÄ), to mimo wszystko jest w stanie uzasadniÄ i pojÄÄ motywy, ktÃrymi kierowali siÄ terroryÅci. WolnoÅÄ narodÃw, sprawiedliwy porzÄdek spoÅeczny, rewolucja przeciw tyranom, te wszystkie - przyznajmy, Åe bardzo mgliste i rozmaicie interpretowane hasÅa - miaÅy pewien oddÅwiÄk wÅrÃd intelektualistÃw czy radykalnej mÅodzieÅy, zwÅaszcza niektÃrych ideowych potomkÃw rewolty ï68. Nawet odrzucenie przemocy jako Årodka nie musiaÅo oznaczaÄ zaraz potÄpienia samego celu, ktÃry wyglÄdaÅ na bardzo sprawiedliwy.
Jakkolwiek to wszystko jest dzisiaj historiÄ, musimy przyznaÄ, Åe wyglÄdajÄcÄ jakoÅ dziwnie znajomo ï czy to ze wzglÄdu na metody, czy to ofiary, czy nawet skalÄ uÅywanej przemocy. Paradoksalnie, poczucie historycznego dÃja vu musi byÄ chyba wiÄksze teraz aniÅeli 20, 30 bÄdÅ 40 lat temu. WÃwczas terroryzm miaÅ bowiem inny wymiar ideowy, byÅ przecieÅ w duÅym stopniu narzÄdziem przemocy uÅywanym przez wyznawcÃw ideologii Åwieckich. CzÅonkowie ETA, IRA, Czerwonych Brygad, Czarnego WrzeÅnia, Frakcji Czerwonej Armii bÄdÅ Åwietlistego Szlaku odwoÅywali siÄ przecieÅ albo do koncepcji skrajnego nacjonalizmu, albo do jakiejÅ formy lewackiej rewolucji majÄcych ostatecznie wyzwoliÄ "uciemiÄÅonych" spod wÅadzy "narodu-okupanta" czy "klasy wyzyskiwaczy". ChociaÅ ideologiczne podstawy dziaÅania poszczegÃlnych organizacji wydajÄ siÄ dzisiaj szalone, to jednak sÄ dla Europejczyka zrozumiaÅe. Tak wiÄc jeÅeli nawet je potÄpia (a tak czyni p
Ãw wrÃg straciÅ bowiem twarz indywidualnego czÅowieka, stajÄc siÄ wyÅÄcznie obcÄ ideowo masÄ .
W latach 90. ubiegÅego stulecia nastÄpiÅ jednak radykalny przeÅom. Coraz wiÄcej atakÃw terrorystycznych ÅÄczono z ugrupowaniami majÄcymi konkretne afiliacje wyznaniowe. W 1994 roku stanowiÅy one jednÄ trzeciÄ wszystkich aktywnych grup terrorystycznych, rok pÃÅniej juÅ niemal poÅowÄ. Przyrost byÅ zaprawdÄ ogromny, albowiem ÄwierÄ wieku temu nie byÅo ani jednej organizacji kojarzonej z jakÄkolwiek religiÄ. W latach 90. owi "poboÅni" terroryÅci byli sprawcami ÅÄcznie 25 procent wszystkich zamachÃw, ale ponosili odpowiedzialnoÅÄ za 58 procent Åmiertelnych ofiar. ZmieniÅa siÄ takÅe zasada organizacji atakÃw terrorystycznych. Nie chodziÅo wyÅÄcznie o spektakularne widowisko w myÅl zaÅoÅenia: minimum zabitych, maksimum kamer telewizyjnych, dziÄki czemu zyskiwano ongiÅ upowszechnienie wÅasnej sprawy i przedstawiano polityczne postulaty. Cel staÅ siÄ dramatycznie prosty: jak najwiÄksza liczba trupÃw. Wykoncypowany w umysÅach ideolog
iaÅaÅ.
11 wrzeÅnia 2001 byÅ kulminacjÄ przeraÅajÄcego zjawiska, a zarazem poczÄtkiem wojny z tym, co doÅÄ eufemistycznie nazwano "globalnym terroryzmem". Media raz po raz prezentowaÅy listy najbardziej znanych organizacji terrorystycznych rozsianych po caÅym Åwiecie, a globalny terrorysta staÅ siÄ wrogiem numer jeden. Dodajmy jednakÅe zaraz rzecz oczywistÄ, Åe nie chodzi bynajmniej o walkÄ z terroryzmem w ogÃle, i to mimo rÃÅnie przedstawianych deklaracji i publikowanych spisÃw organizacji odwoÅujÄcych siÄ do przemocy. Bo to nie ETA podkÅadaÅa bomby na Bali ani teÅ IRA wysadziÅa w powietrze hotel w Casablance, to rÃwnieÅ nie japoÅska Aum Shinry Kyo jest odpowiedzialna za zamachy w Turcji, podobnie jak i Åwietlistego Szlaku nie oskarÅa siÄ o masowe morderstwo w Madrycie. Za wszystkimi zamachami stali ludzie odwoÅujÄcy siÄ do nauki islamu, ktÃrzy ï bodajÅe po raz pierwszy w historii ï zaplanowali globalnÄ strategiÄ swoich zbrodniczych dz
rew muzuÅmanÃw, aÅ osiÄgniemy ostateczne zwyciÄstwo" .
Przypomnijmy jednakÅe i kolejny fakt. NajwiÄcej ofiar zamachÃw terrorystycznych w ciÄgu ostatnich piÄtnastu lat stanowiÄ muzuÅmanie. Innymi sÅowy: organizacje terrorystyczne odwoÅujÄce siÄ do islamu kierujÄ ostrze przemocy ku swoim wspÃÅbraciom w wierze w nie mniejszym stopniu aniÅeli ku tym, ktÃrych postrzegajÄ jako wrogÃw swojej religii. Dla skrajnych fundamentalistÃw symbolem zdrady, ideologicznym arcywrogiem numer jeden byÅ onegdaj Kemal AtatÃrk, twÃrca Republiki Tureckiej, nastÄpnie krÃl Faruk oraz prezydenci Naser i Sadat w Egipcie, potem Hafiz al-Asad w Syrii i szach perski, wreszcie caÅkiem niedawno Saddam Husajn (tak, tak!) bÄdÅ "zdradzieccy" ksiÄÅÄta z Arabii. Muhammad ïAbd al-Salam FaradÅ, ideolog grupy, ktÃra dokonaÅa zamachu na prezydenta Sadata, przedstawiÅ rzecz brutalnie szczerze: "Walka z wrogiem bliÅszym jest duÅo waÅniejsza aniÅeli walka z wrogiem odlegÅym. Tak wiÄc w prowadzonym dÅihadzie bÄdziemy przelewaÄ k
omoÅciach, to myÅlÄ sobie, Åe nie mam znowu tak Åle, inni majÄ gorzej. Wtedy od razu uÅmiech pojawia siÄ na mojej twarzy".
InicjujÄc wojnÄ z terroryzmem, Stany Zjednoczone, a w jeszcze wiÄkszym stopniu Europa, weszÅy w Årodek sporu, ktÃry toczy siÄ wewnÄtrz cywilizacji islamu. W tej nowej jakoÅciowo sytuacji nie powinno dziwiÄ, Åe doprowadzenie do wzajemnej wrogoÅci mieszkaÅcÃw Zachodu i muzuÅmanÃw byÅoby idealnym celem przede wszystkim skrajnych grup fundamentalistycznych. Konflikt, zwÅaszcza w Europie, stanowiÅby niebezpieczne "paliwo mobilizacyjne" dla tych wyznawcÃw islamu, ktÃrzy generalnie dalecy od jakiejkolwiek idei stosowania przemocy, lecz zepchniÄci do politycznego i spoÅecznego naroÅnika, z koniecznoÅci wybierajÄ drogÄ walki z "niewiernymi". Niestety, ta ostatnia ewentualnoÅÄ, zwÅaszcza po 11 marca 2004 roku, nie wydaje siÄ tak bardzo niemoÅliwa.
Nasza chata juÅ nie z kraja
PoÅoÅenie geograficzne Polski od dawna byÅo opisywane przez rodakÃw jako historyczne przekleÅstwo. ZmieniaÅo siÄ to stopniowo w latach 90., zaÅ niezwykÅym paradoksem okazaÅ siÄ 11 wrzeÅnia, kiedy w powszechnej ÅwiadomoÅci owo przekleÅstwo geografii straciÅo swÄ moc. Rzeczpospolita wydawaÅa siÄ bowiem bezpieczniejsza aniÅeli kraje Zachodu. OczywiÅcie w czasie tragedii w Nowym Jorku niemal wszyscy "byliÅmy Amerykanami", podobnie wyraÅaliÅmy gniew i wspÃÅczucie po zamachach na Bali, w Casablance, Moskwie... Ale samo wspÃÅczucie, potÄpienie czy gniew nie oznaczaÅy jednak strachu o siebie, nawet po decyzji wysÅania polskiego kontyngentu do Iraku. Terror byÅ gdzieÅ daleko, stanowiÅ temat dyskusji, rozwaÅaÅ, artykuÅÃw, lecz przecieÅ nie wydawaÅ siÄ realnym zagroÅeniem. Bardzo sugestywnie podsumowaÅ Ãwczesne zbiorowe samopoczucie czytelnik "Nowego PaÅstwa", piszÄc: "Kocham telewizjÄ! Gdy oglÄdam codziennie zwÅoki i kataklizmy w wiad
w 2003 roku. MieliÅmy wiÄc relacjÄ o niezrealizowanych zamierzeniach: PapieÅ jakoby "miaÅ zginÄÄ w ÅwiÄta. Zamachowcy planowali rozbiÄ samolot w Watykanie. Na placu Åw. Piotra modliÅo siÄ wtedy kilkadziesiÄt tysiÄcy ludzi. Gdyby terrorystom udaÅ siÄ ich plan, doszÅoby do potwornej tragedii". Na innych stronach cytowane sÄ natomiast wypowiedzi prezydenta KwaÅniewskiego o moÅliwych kolejnych polskich ofiarach w Iraku i ministra SzmajdziÅskiego o obÅawach na terrorystÃw "w naszej strefie". CaÅy misternie przygotowany plan wedÅug wersji autorÃw "Faktu" przybiera ksztaÅt Åwiatowego trÃjkÄta: Irak-Polska-Watykan. Dodajmy w tym miejscu, Åe tekst o planowanych zamachach w Watykanie nie byÅ wymysÅem polskich dziennikarzy. O planowanym jakoby ataku na StolicÄ ApostolskÄ wypowiadaÅ siÄ juÅ premier Silvio Berlusconi w mediolaÅskim "Libero" z 26 grudnia 2003 roku.
Zamach w Madrycie z 11 marca 2004 caÅkowicie to zmieniÅ. Co prawda znÃw deklarowaliÅmy, Åe "wszyscy byliÅmy w tym pociÄgu", ale wtedy oprÃcz wspÃÅczucia i gniewu wysuniÄto przeraÅajÄcÄ sugestiÄ, Åe ten pociÄg moÅe dotrzeÄ takÅe do Polski. PojawiÅ siÄ strach.
Informacje o zagroÅeniu atakiem terrorystycznym podawano co prawda juÅ wczeÅniej, tyle Åe najczÄÅciej w sposÃb sensacyjny, krzykliwy, a przez to niezbyt wiarygodny. W grudniowym wydaniu dziennika "Fakt" czytelnikom zaserwowano bulwersujÄce wiadomoÅci o tym, Åe "pÄtla terroru zaciska siÄ wokÃÅ Polski" i Åe "Osama bin Laden wybraÅ Polaka, aby pokierowaÅ jego siatkÄ w naszym kraju". Dalej dowiedzieliÅmy siÄ, Åe pewien mieszkaniec Opola przeszedÅ na islam i "od tego momentu staÅ siÄ fanatykiem", ktÃry "koordynuje dziaÅania ArabÃw na terenie Polski". Autorzy wskazywali na ewentualne kontakty doÅÄ tajemniczych terrorystÃw (koniecznie islamskich) z polskimi gangami, gotowymi ï jak twierdzi cytowany anonimowy oficer Centralnego Biura Åledczego ï do wspÃÅpracy na korzystnych warunkach finansowych. Na celowniku pojawiÅ siÄ rÃwnieÅ Jan PaweÅ II, ktÃry miaÅ podobno staÄ siÄ ofiarÄ zamachÃw podczas uroczystoÅci ÅwiÄt BoÅego Narodzenia
iego i 13,5 razy wiÄkszy od egipskiego. Z kolei ÅÄczny PKB we wszystkich krajach arabskich wynosiÅ 531,2 miliarda dolarÃw, czyli mniej niÅ PKB jednego tylko kraju europejskiego, Hiszpanii (595,5 miliarda). ZatrwaÅajÄce sÄ rÃwnieÅ dane dotyczÄce chociaÅby dziaÅalnoÅci kulturalnej. ZespÃÅ arabskich intelektualistÃw pracujÄcy pod auspicjami ONZ przygotowaÅ raport Arab Human Development, ktÃrego dane sÄ wrÄcz poraÅajÄce. "Åwiat arabski tÅumaczy rocznie 330 ksiÄÅek, czyli jednÄ piÄtÄ tego co Grecy. ÅÄczna liczba przetÅumaczonych ksiÄÅek od czasÃw kalifa Mamuna (IX w., sic!!!) wynosi okoÅo 100 tysiÄcy, czyli tyle, ile przeciÄtnie tÅumaczy siÄ w Hiszpanii w ciÄgu jednego roku".
Dane o potencjalnych zagroÅeniach terrorystycznych w Polsce zostaÅy potwierdzone po zamachach w Madrycie. W mediach wspominano o podejrzanych wysÅannikach, ktÃrzy mieli sfilmowaÄ ukradkiem port lotniczy na OkÄciu i dworzec kolejowy w GdaÅsku. Przypomniano rÃwnieÅ wypowiedÅ Osamy bin Ladena, Åe Polska, obok Hiszpanii, ma znajdowaÄ siÄ na liÅcie celÃw terrorystÃw. "Gazeta Wyborcza" wydrukowaÅa miniporadniki, w ktÃrych nadkomisarz Zbigniew Matwiej wyjaÅnia, dlaczego powinniÅmy byÄ czujni, natomiast Jacek Konieczny z Centrum Edukacji Obywatelskiej radzi, jak rozmawiaÄ z dzieÄmi o terroryzmie. O czujnoÅci mÃwiÅ teÅ w radiowej "TrÃjce" poseÅ Dziewulski, tym razem bez owijania w baweÅnÄ podkreÅlajÄc, Åe chodzi tutaj w duÅym stopniu o osobnikÃw majÄcych ciemniejszÄ karnacjÄ skÃry.
Stopniowo tworzy siÄ wizerunek globalnego wroga. Niezwykle emocjonalne analizy przyczyniajÄ siÄ do utrwalenia klasycznego ciÄgu stereotypÃw ï Arab-muzuÅmanin-terrorysta ï i to akurat w kraju, gdzie wyznawcÃw islamu jest na razie znikoma liczba i ktÃry bierze udziaÅ w irackiej misji stabilizacyjnej, a wiÄc wymagajÄcej jakiegoÅ minimum tolerancji dla muzuÅmanÃw. Co waÅniejsze, tego typu wizerunki wroga przyjmowane sÄ niemal bez sprzeciwu, a moÅna z duÅym prawdopodobieÅstwem zaÅoÅyÄ, iÅ ulegnÄ jeszcze wzmocnieniu po kolejnych informacjach o zagroÅeniu albo ï nie daj BoÅe! ï zamachach terrorystycznych. To zjawisko idzie w parze z jeszcze innym, dla ogromnej wiÄkszoÅci PolakÃw zupeÅnie niezrozumiaÅym. "Newsweek" w swoim numerze marcowym informuje bowiem o coraz wiÄkszej liczbie mÅodych osÃb nawracajÄcych siÄ na islam:
Islamska fala ï piszÄ dziennikarze ï ktÃra w ostatnich latach podniosÅa siÄ na caÅym Åwiecie, dociera teraz do Polski. Podczas piÄtkowych zgromadzeÅ [warszawski] meczet pÄka w szwach. (...) ZwiÄkszone zainteresowanie PolakÃw islamem jest teÅ czÄÅciÄ procesu o zasiÄgu globalnym. NajwyraÅniej i u nas zadziaÅaÅ efekt 11 wrzeÅnia, ktÃry na caÅym Åwiecie, paradoksalnie, ÅciÄgnÄÅ do meczetÃw tysiÄce ludzi. W Polsce ta fala objawia siÄ nie tylko zwiÄkszonÄ liczbÄ konwersji na islam, lecz takÅe wzrostem zainteresowania dla cywilizacji arabskiej. (...) WÅrÃd tych nowych muzuÅmanÃw najwiÄcej jest pracownikÃw naukowych, studentÃw, artystÃw ï mÃwi imam Tomasz MiÅkiewicz, przewodniczÄcy Rady ImamÃw RP i dyrektor warszawskiego Centrum Islamu.
Dzisiaj, rzecz jasna, trudno przewidywaÄ, czy to tylko krÃtkotrwaÅy trend czy teÅ odbicie pewnego szerszego zjawiska, mogÄcego w dÅuÅszej perspektywie zmieniÄ zasadniczo fundamenty europejskiej spoÅecznoÅci. Poddani ciÅnieniu faktÃw oraz ich interpretacji powoli jednak odkrywamy, Åe stajemy siÄ naprawdÄ czÄÅciÄ Åwiata wplÄtanego w sieÄ globalnych konfliktÃw i globalnych przemian, niekoniecznie inicjowanych tym razem przez cywilizacjÄ zachodniÄ.
Stan permanentnego kryzysu
Terror skrajnych ugrupowaÅ w Åwiecie islamu jest wypadkowÄ bardzo wielu zmiennych. W tysiÄcach opracowaÅ podawano rozmaite interpretacje jego powstania, ewolucji i moÅliwoÅci ekspansji. Kolejne doniesienia wzmacniaÅy wnioski dotychczasowych analiz, ale teÅ obalaÅy te, ktÃre sugerowaÅy zanadto optymistyczne bÄdÅ skrajnie pesymistyczne wersje wydarzeÅ. Z duÅÄ regularnoÅciÄ opisywano jednak pewne zjawisko majÄce ogromny wpÅyw na rozwÃj wspÃÅczesnych konfliktÃw. OtÃÅ Åwiat islamu to w duÅym stopniu Åwiat ludzi bardzo sfrustrowanych i niepogodzonych z rzeczywistoÅciÄ, w ktÃrej przyszÅo im ÅyÄ. Wycieczki do przeszÅoÅci sÄ coraz czÄstsze, albowiem to wÅaÅnie "zÅoty okres", aczkolwiek rozmaicie rozumiany, stanowi punkt odniesienia w ocenie teraÅniejszoÅci. Ta zaÅ jest naprawdÄ fatalna.
Bernard Lewis w swojej ksiÄÅce The Crisis of Islam... wskazuje na kilka znamiennych faktÃw. PorÃwnanie osiÄgniÄÄ krajÃw islamu z innymi paÅstwami, i to nie tylko zachodnimi, jest przygnÄbiajÄce. Na liÅcie krajÃw sklasyfikowanych wedÅug wielkoÅci PKB najwyÅszÄ, dwudziestÄ trzeciÄ pozycjÄ zajmuje Turcja, z ponad 60 milionami mieszkaÅcÃw. Znajduje siÄ miÄdzy AustriÄ i DaniÄ, liczÄcymi kaÅda po okoÅo 5 milionÃw ludzi. NastÄpny z krajÃw muzuÅmaÅskich, Indonezja, z ponad 200 milionami mieszkaÅcÃw, jest za NorwegiÄ, ktÃra liczy ich zaledwie 4,5 miliona. WedÅug Banku Åwiatowego pod koniec ubiegÅego wieku Åredni roczny dochÃd krajÃw muzuÅmaÅskich od Bangladeszu do Maroka stanowiÅ jedynie poÅowÄ Åredniej Åwiatowej. Niestety, porÃwnanie dochodÃw per capita jest jeszcze gorsze. PrzykÅadowo dochÃd PKB na jednego mieszkaÅca dla samego Izraela byÅ 3,5 razy wiÄkszy niÅ ÅÄczny dochÃd Libanu i Syrii, 12 razy wiÄkszy od jordaÅsk
o konsekwencji odczuwalnych poza samymi granicami jednej cywilizacji. SpÃr ideologiczny toczÄcy siÄ w paÅstwach muzuÅmaÅskich rozlewa siÄ wobec tego poza Åwiat islamu, docierajÄc poÅrednio lub bezpoÅrednio do krajÃw Zachodu.
Dotychczasowe, rÃÅnego rodzaju ideowe lekarstwa nie przyniosÅy ï jak widaÄ ï skutecznych rozwiÄzaÅ. PowstajÄ wiÄc nowe, majÄce swoich zwolennikÃw, ktÃrzy pochodzÄ z bardzo rÃÅnych warstw spoÅecznych i naleÅÄ do rozmaitych narodÃw oraz obszarÃw kulturowych. To swoiste pÄkniÄcie ideowe i polityczne przebiega w niemal caÅym spoÅeczeÅstwie islamu. W dawnej epoce, to znaczy 50 czy 30 lat temu, ten wewnÄtrzcywilizacyjny spÃr nie miaÅby wiÄkszego znaczenia dla Europy czy StanÃw Zjednoczonych. Ale dzisiaj rzeczy majÄ siÄ zupeÅnie inaczej. Ogromne migracje ludnoÅciowe, potworna moc raÅenia broni dostÄpnej jednostkom, globalny przekaz medialny i moÅliwoÅci szybkiej komunikacji sprawiÅy, Åe znaczna czÄÅÄ naszego Åwiata przypomina zbiÃr naczyÅ poÅÄczonych. Jedno, wydawaÅoby siÄ, maÅo istotne zjawisko wywoÅuje ciÄg kolejnych, wczeÅniej trudnych do przewidzenia. Nic wiÄc dziwnego, Åe pÄkniÄcie wewnÄtrzcywilizacyjne prowadzi d
Globalny system naczyÅ poÅÄczonych
Fouad Ajami wskazuje przykÅadowo na zjawisko ideologicznego pÄkniÄcia, ktÃre wystÄpuje w obrÄbie paÅstw arabskich i bezpoÅrednio dotyczy najpierw StanÃw Zjednoczonych, a nastÄpnie kolejnych paÅstw zachodnich. Paradoksalnie ï sugeruje Ajami ï nieustanny konflikt miÄdzy fundamentalistycznÄ opozycjÄ a Åwieckimi reÅimami w krajach PÃÅnocnej Afryki i Bliskiego Wschodu nie jest juÅ w Åadnej mierze konfliktem wewnÄtrznym, poniewaÅ niektÃre jego elementy zostajÄ przerzucone na scenÄ amerykaÅskÄ bÄdÅ europejskÄ. Stany Zjednoczone i Europa stajÄ siÄ niemal wrogami "zastÄpczymi", kojarzonymi z ideologiÄ, ktÃrÄ w mniejszym lub wiÄkszym stopniu przyjmuje jedna ze stron wewnÄtrznego konfliktu w Åwiecie arabskim. RÃwnieÅ ze wzglÄdu na uwarunkowania wewnÄtrzne Ãw zastÄpczy spÃr przedstawiany jest jako "zderzenie miÄdzy cywilizacjami" . Najbardziej znanym przykÅadem jest naturalnie ideologiczne i polityczne pÄkniÄcie w Arabii Saudyjskie
j, ÅwiÄtej ziemi islamu. Osama bin Laden wystÄpuje przeciwko ï jak sam to okreÅla ï "bezboÅnemu Domowi SaudÃw" bÄdÄcemu, przynajmniej formalnie, sojusznikiem StanÃw Zjednoczonych. Walka z monarchiÄ toczy siÄ wedÅug nowej, globalnej strategii, caÅkowicie odmiennej od tych, ktÃre byÅy stosowane jeszcze kilkadziesiÄt lat temu. BezpoÅrednie uderzenie na panujÄcÄ rodzinÄ, oficjalnych straÅnikÃw ÅwiÄtych miejsc islamu, byÅoby nieÅatwe nie tylko z powodÃw logistycznych, ale przede wszystkim ideologicznych. Trudno byÅoby siÄ bowiem spodziewaÄ w takiej sytuacji powszechnego poparcia wiÄkszoÅci muzuÅmanÃw, zwÅaszcza spoza samej Arabii Saudyjskiej. DuÅo skuteczniejsze z punktu widzenia propagandowego jest uderzenie w najpotÄÅniejszego sojusznika, postrzeganego doÅÄ powszechnie w Åwiecie muzuÅmaÅskim jako paÅstwo co najmniej niechÄtne islamowi, i to niezaleÅnie od swych oficjalnych deklaracji. Ten wewnÄtrzny w zasadzie spÃr znajduje apo geum 11 wrzeÅnia 2001 roku, co z kolei doprowadza do caÅego juÅ ÅaÅcucha konfliktÃw, w ktÃrych pÄkniÄcie wewnÄtrzcywilizacyjne powoduje niemal "zderzenia miÄdzy cywilizacjami".
ginÄÅ, albowiem nie zgodziÅ siÄ na wydanie fatwy (opinii religijnej) uprawniajÄcej praktyki GIA. Stopniowo wrogiem terrorystÃw stawaÅo siÄ caÅe spoÅeczeÅstwo, oskarÅane o bezboÅnoÅÄ (kufr).
Podobne splecenie wydarzeÅ wewnÄtrznych z agresjÄ na zewnÄtrz nastÄpiÅo wczeÅniej w Europie, a konkretnie we Francji, i byÅo nastÄpstwem wojny domowej w Algierii prowadzonej w latach 1992-1997. Wybory do parlamentu, ktÃre najprawdopodobniej wygraÅby fundamentalistyczny Front Wyzwolenia Narodowego (FIS), przerwaÅo brutalnie wojsko, ktÃre w styczniu 1992 dokonaÅo zamachu stanu. Przeciwko niemu stanÄÅa najpierw MuzuÅmaÅska Armia Ocalenia, AIS, a nastÄpnie pÄczniejÄcy organizacyjnie zlepek rÃÅnych odÅamÃw zwany IslamskÄ GrupÄ ZbrojnÄ, GIA. W ciÄgu piÄciu lat caÅy kraj targany byÅ potwornie brutalnymi aktami przemocy, ktÃre spowodowaÅy ÅmierÄ okoÅo 100 tysiÄcy ludzi. GIA nie toczyÅa walki jedynie z rzÄdem, lecz rÃwnieÅ przeciw umiarkowanym fundamentalistom, ktÃrzy nie chcieli akceptowaÄ strategii Ålepego terroru. Symbolem tarÄ wewnÄtrznych byÅa ÅmierÄ szajcha Buslimaniego, popularnego kaznodziei z lokalnej partii Hamas. Szajch z
iÄ ze Årodowisk emigrantÃw Maghrebu .
Wreszcie wojna przeniosÅa siÄ poza granicÄ kraju, do Francji, kiedy to w ÅwiÄta BoÅego Narodzenia 1994 roku porwano samolot Air France, a skoÅczyÅa ï po krwawych zamachach w ParyÅu ï jesieniÄ 1995 roku. SiÅom bezpieczeÅstwa udaÅo siÄ zniszczyÄ caÅÄ sieÄ grup wspierajÄcych logistycznie algierskich terrorystÃw. Gilles Kepel, jeden z najlepszych znawcÃw politycznego islamu, pisze:
Pod koniec grudnia 1994 roku na lotnisku w Algierze czÅonkowie GIA opanowali francuski samolot, zawrÃcony nad MarsyliÄ. (...) Ta akcja sprawiÅa wraÅenie, Åe grupa wkroczyÅa w nowe stadium walki i jest odtÄd zdolna przenieÅÄ wojnÄ na teren Francji. ZyskaÅa prestiÅ w oczach hittystÃw [bezrobotnej mÅodzieÅy], gdyÅ uderzyÅa w dawnÄ nietykalnÄ potÄgÄ kolonialnÄ, "najgorszego wroga islamu na Zachodzie", liczyÅa teÅ, Åe po tym ataku rzÄd francuski uzna, iÅ koszt przeniesienia terroryzmu na ziemiÄ francuskÄ jest zbyt wysoki i w rezultacie wycofa wszelkie wsparcie dla algierskiej [Åwieckiej i dyktatorskiej] wÅadzy, co przyspieszy jej upadek. Jednak liczba zabitych i rannych w zamachach z lata i jesieni 1995 roku wywoÅaÅa odwrotny skutek i wzmocniÅa stanowczoÅÄ wÅadz francuskich wobec walki ze skrajnym ruchem fundamentalistycznym, ktÃry naraÅaÅ na niebezpieczeÅstwo pokÃj spoÅeczny w Årodowisku muzuÅmaÅskiej mÅodzieÅy wywodzÄcej s
Ãcona studentka nauk spoÅecznych z San Diego, okreÅla jako "AmerykÄ w stylu Fox News i CNN, kraj szalejÄcego indywidualizmu, energicznego konsumpcjonizmu, zjadliwego patriotyzmu i brutalnoÅci na co dzieÅ". Najbardziej krytycznie o Ameryce wyraÅa siÄ tamtejszy imam przedstawiajÄcy siÄ dziennikarzowi jako Abu Namousa: "Tutaj co trzy minuty dokonuje siÄ gwaÅt! To oznacza 500 zgwaÅconych kobiet dziennie i 175 tysiÄcy w ciÄgu roku! Zdajecie sobie sprawÄ? Panuje przemoc, narkomania, niemoralnoÅÄ, zaspokajanie ÅÄdz. Kobiety sÄ odzierane z godnoÅci! Tylko islam moÅe to powstrzymaÄï.
System naczyÅ poÅÄczonych w Åwiecie polityki i ideologii nie ogranicza siÄ jedynie do zjawiska eskalowania przemocy. Innym jeszcze niezwykÅym fenomenem, bÄdÄcym paradoksalnÄ konsekwencjÄ 11 wrzeÅnia, jest coraz wiÄksza siÅÄ przyciÄgania samego islamu, czego wspomnianym juÅ przykÅadem, do pewnego stopnia, rzecz jasna, moÅe byÄ sama Polska. W tym wypadku chodzi o eksport samej idei, niekoniecznie ubranej w szaty przemocy. DziaÅania polityczne i militarne doprowadzajÄ bowiem do zmian ideologicznych, i to nie tylko w Åwiecie muzuÅmaÅskim, ale takÅe w Stanach Zjednoczonych. Tygodnik "LïExpress" donosiÅ w kwietniu 2003 roku, Åe co roku od 50 do 80 tysiÄcy AmerykanÃw przechodzi na islam: "Zamachy z 11 wrzeÅnia nie odstraszyÅy chÄtnych. WrÄcz przeciwnie ï biali, Latynosi, czarni oraz Azjaci rzucili siÄ na meczety". Osoby nawrÃcone powtarzajÄ, Åe powszechna "american way of life" ciÄÅy im jak oÅÃw. PogardzajÄ tym, co Cindy Hawkins, nawr
mu", co oznaczaÅo odrzucenie zaÅoÅeÅ paÅstwa Åwieckiego, ÅrÃdÅa wszelkiego zÅa.
Tak tworzony wizerunek wÅasnego kraju, do tego jeszcze autorstwa samych AmerykanÃw, musi silnie przemawiaÄ do wielu muzuÅmanÃw. ZwÅaszcza w sytuacji gdy Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami zaangaÅowane sÄ politycznie i militarnie w Åwiecie islamu. Kolejne warstwy owego wizerunku wzbogacone sÄ, co oczywiste, o elementy "polityki imperialnej" Ameryki i wykorzystywane przez tych, ktÃrych zalicza siÄ do sprawcÃw pÄkniÄcia wewnÄtrz cywilizacji. To tzw. salafici dÅihadu, czyli zwolennicy najbardziej skrajnej wersji fundamentalizmu. Dzisiaj sÄ czÅonkami rozmaitych ugrupowaÅ, poÅÄczonych wspÃlnÄ ideologiÄ, a nierzadko i wiÄzami organizacyjnymi. Wielu spoÅrÃd nich poczÄtki swej dziaÅalnoÅci ÅÄczy z epokÄ walki przeciw dawnemu imperium sowieckiemu.
Kryzys organizacji i sukces ideologii
Antysowiecki dÅihad byÅ gigantycznÄ kuÅniÄ kadr bojownikÃw za wiarÄ. Ochotnicy z Pakistanu, Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Algierii, Indonezji, Kaukazu czy indyjskiego Kaszmiru zdobyli na wojnie umiejÄtnoÅci nie tylko militarne, lecz rÃwnieÅ logistyczne, psychologiczne i finansowe. W 1992 roku, po zdobyciu Kabulu przez mudÅahedinÃw, wiÄkszoÅÄ zdecydowaÅa siÄ opuÅciÄ Afganistan. DÅihad dla nich siÄ skoÅczyÅ, tyle Åe po powrocie do domu odkrywali, Åe miejscowe wÅadze niekoniecznie witajÄ ich jako godnych naÅladowania bohaterÃw. Od kilku lat bowiem niektÃre kraje muzuÅmaÅskie doÅwiadczaÅy coraz wiÄkszych naciskÃw politycznych ze strony rodzimych organizacji fundamentalistycznych, dla ktÃrych powracajÄcy bojownicy stawali siÄ wartoÅciowymi sojusznikami. Bractwo MuzuÅmaÅskie w Egipcie, Islamski Front Wyzwolenia w Algierii czy DÅamaïatïi Islami w Pakistanie stopniowo zyskiwaÅy ogromnÄ popularnoÅÄ, gÅoszÄc hasÅa "powrotu do isla
i zaczÄÅ siÄ kryzys w BoÅni. PotwierdzaÅo to wypowiedÅ Proroka, pokÃj i bÅogosÅawieÅstwo Mu, Åe dÅihad bÄdzie trwaÅ aÅ do dnia SÄdu Ostatecznego. W BoÅni rozpoczÄÅ siÄ nowy dÅihad, pojechaliÅmy tam i bierzemy w nim udziaÅ, jeÅli tak podoba siÄ Allachowi".
Fundamentalizm, bÄdÄc z zasady ruchem miÄdzynarodowym, prÃbuje objÄÄ swym zasiÄgiem caÅÄ wspÃlnotÄ, tak wiÄc interpretacja religijna powstaÅa na przykÅad w Egipcie czy w Pakistanie znajduje szybko swoich odbiorcÃw w Algierii, Indonezji czy Maroku. DuÅÄ rolÄ, zwÅaszcza w skrajnym ruchu fundamentalistycznym, odegrali wÅaÅnie "AfgaÅczycy", czyli dawni bojownicy dÅihadu przeciw Sowietom. CzÄÅÄ z nich zaangaÅowaÅa siÄ w dziaÅania zbrojne egipskiej DÅamaïat Islamijja, inni poparli czynnie walkÄ prowadzonÄ przez algierskÄ GIA, jeszcze inni udali siÄ do Europy, do BoÅni. PrzykÅadem niech bÄdzie jeden z importowanych przywÃdcÃw boÅniackich ï Abu Abd al-Aziz, zwany Barbaros (Rudobrody), ktÃry walczyÅ w Afganistanie od 1984 roku, zaÅ w 1992, po upadku Kabulu, szukaÅ moÅliwoÅci kontynuowania dÅihadu. WahaÅ siÄ podobno miÄdzy Filipinami a Kaszmirem. W rozmowie z Gilles'em Kepelem tak mÃwiÅ: "UpÅynÄÅo zaledwie piÄtnaÅcie dni
two czy teÅ raczej osÅabi toÅsamoÅÄ wyznawcÃw islamu, ktÃrzy w przyszÅoÅci stanÄ siÄ ofiarami jakiejÅ kolejnej czystki? W BoÅni polityka integracji zawiodÅa, argumentowaÅa duÅa grupa dziaÅaczy islamskich, wobec tego wybawieniem jest raczej intensyfikacja wiÄzi ÅÄczÄcych wspÃlnotÄ religijnÄ, kulturowÄ i politycznÄ. OczywiÅcie takie postawienie sprawy pozwalaÅo, przynajmniej na jakiÅ czas, zapomnieÄ o dzielÄcych rÃÅnicach i skupiÄ siÄ na wypracowaniu metod pomagajÄcych tworzyÄ owÄ jednoÅÄ. WydawaÅo siÄ nawet, Åe przesÅanie fundamentalistyczne trafiÅo tutaj na bardziej podatny grunt aniÅeli w muzuÅmaÅskich paÅstwach Orientu.
Tragiczne wydarzenia, tym razem juÅ na ziemi europejskiej, okazaÅy siÄ kamieniem probierczym dla milionÃw muzuÅmanÃw zamieszkujÄcych EuropÄ ZachodniÄ. WspÃlna wiÄÅ religijna, mimo rÃÅnic etnicznych, okazywaÅa siÄ w tym wypadku czynnikiem decydujÄcym o krytyce Europy. Wielu potomkÃw PakistaÅczykÃw i BanglijczykÃw z Wielkiej Brytanii, mieszkaÅcÃw Maghrebu osiadÅych we Francji bÄdÅ TurkÃw zamieszkujÄcych Niemcy zaczÄÅo zastanawiaÄ siÄ nad istotÄ wÅasnej toÅsamoÅci. No bo skoro muzuÅmaÅscy BoÅniacy, byÅo nie byÅo, Europejczycy z pochodzenia, czÄsto blondyni o niebieskich oczach, mÃwiÄcy tym samym jÄzykiem i stanowiÄcy od setek lat czÄÅÄ jednego narodu, zostali ofiarami okrucieÅstwa SerbÃw innowiercÃw, czyli faktycznie swoich wspÃÅobywateli, a wszystko to przy praktycznej biernoÅci Europy, to jaki jest sens asymilacji muzuÅmanÃw-imigrantÃw z dominujÄcÄ kulturÄ zachodniÄ? Czy integracja moÅe zapewniÄ im bezpieczeÅs
Åwieckiego rzÄdu. W celu uwiarygodnienia zamiarÃw sprowadzono czcigodnych szajchÃw egipskich zwiÄzanych z fundamentalistycznÄ organizacjÄ Braci MuzuÅmanÃw. W Pakistanie w latach 90. poszczegÃlne rzÄdy toczyÅy z partiami fundamentalistycznymi spory o to, "kto bardziej jest wierny przesÅaniu islamu". OwocowaÅo to wprowadzaniem kolejnych elementÃw szarijatu do obowiÄzujÄcego prawa. Sam prezydent Muszarraf wyraÅnie rozrÃÅniaÅ miÄdzy "niemoralnymi terrorystami" a "prawymi bojownikami dÅihadu", oczywiÅcie sobie zostawiajÄc ostatecznÄ decyzjÄ co do wÅaÅciwej nominacji.
Pomoc dla boÅniackiego dÅihadu nie oznaczaÅa tylko wsparcia finansowego, lecz przyjmowaÅa takÅe ksztaÅt jak najbardziej militarny. Dla salafitÃw dÅihadu sytuacja w Europie byÅa przecieÅ duÅo klarowniejsza aniÅeli w ich wÅasnym kraju. Po drugiej stronie stali bowiem nie wyznawcy islamu, ale innowiercy, ktÃrzy przelewali krew muzuÅmaÅskÄ. Wspomniany juÅ Barbaros dowodziÅ specjalnym oddziaÅem El Mudzahidun, wyodrÄbnionym z 7 brygady armii boÅniackiej. Jak pisze Kepel: "W okrucieÅstwie niczym nie ustÄpowali Serbom, a zdjÄcia arabskich bojownikÃw potrzÄsajÄcych z uÅmiechem ÅwieÅo odciÄtymi gÅowami >>serbskich chrzeÅcijan<< czy miaÅdÅÄcych je obcasami, zmusiÅo ostatecznie armiÄ boÅniackÄ do przejÄcia kontroli nad tymi bojownikami, ktÃrych zbyteczny zapaÅ wyrzÄdzaÅ jej jedynie szkodÄï .
BoÅnia okazaÅa siÄ klÄskÄ dla salafitÃw dÅihadu. O ostatecznych losach oddziaÅu El Mudzahidun zadecydowaÅo tzw. porozumienie z Dayton, podpisane w 1995 roku. OddziaÅy "zagranicznych ochotnikÃw" poproszono o opuszczenie BoÅni, zaÅ ich miejsce miaÅy zajÄÄ oddziaÅy amerykaÅskie. Tak wiÄc zamiast wprowadzenia ideologii skrajnego fundamentalizmu bojownicy dÅihadu doczekali siÄ kolejnej wersji pax americana. Ich Ãwczesna frustracja i wÅciekÅoÅÄ nie mogÅy chyba byÄ wiÄksze.
KlÄska w BoÅni byÅa jednakÅe dopiero poczÄtkiem caÅej serii wydarzeÅ. W krajach muzuÅmaÅskich autorytarne rzÄdy stopniowo opanowaÅy stan wrzenia, jak chociaÅby w Egipcie, gdzie ogromnÄ rolÄ odgrywali Bracia MuzuÅmanie, czy w Algierii, gdzie po latach krwawej wojny zduszono represjami dziaÅalnoÅÄ GIA. W Pakistanie generaÅ Muszarraf powstrzymaÅ ofensywÄ skrajnych partii fundamentalistycznych, w Kaszmirze zaÅ miejscowa intifada skoÅczyÅa siÄ patem. Bojownicy dÅihadu po raz kolejny stawali siÄ banitami. Stan niemocy politycznej, ale przecieÅ takÅe i ekonomicznej ï a to chociaÅby ze wzglÄdu na ogromny przyrost naturalny ï pozostaÅ taki sam jak przedtem. Kraje muzuÅmaÅskie nadal znajdujÄ siÄ w gÅÄbokim kryzysie.
CoÅ siÄ jednak zmieniÅo. Spory kolejnych rzÄdÃw z partiami fundamentalistycznymi toczone byÅy nie tylko w wymiarze militarnym, lecz przede wszystkim na obszarze ideologii. Aby zneutralizowaÄ ideowego przeciwnika, naleÅaÅo wykorzystaÄ niemaÅÄ czÄÅÄ jego przesÅania, po to aby samemu przedstawiÄ siÄ jako gorliwy i prawy wyznawca islamu. Tak wiÄc w Egipcie paÅstwo poszerzaÅo swobodÄ dziaÅalnoÅci religijnej, dajÄc wolnÄ rÄkÄ telewizyjnym kaznodziejom ksztaÅtujÄcym gusty muzuÅmaÅskich widzÃw. JuÅ w latach 80. paÅstwowa telewizja nadawaÅa rocznie 14 tysiÄcy godzin emisji programÃw fundamentalistycznych i 11 tysiÄcy politycznych, cenzurujÄc natomiast tzw. programy niemoralne, czyli na przykÅad poÅwiÄcone taÅcowi lub teÅ uznane za "niezgodne z wartoÅciami islamu". W Algierii otwarto ogromny Uniwersytet MuzuÅmaÅski w Konstantynie, gÅÃwnie po to, aby zapewniÄ wÅadzom przyszÅych imamÃw gotowych ÅyrowaÄ ideologicznie dziaÅalnoÅÄ
Europie Osama najwiÄcej pozytywÃw uzyskaÅ we Francji, a wiÄc w kraju o najwiÄkszej mniejszoÅci muzuÅmaÅskiej. Z kolei prezydent Bush to postaÄ niemal diabelska dla zdecydowanej wiÄkszoÅci JordaÅczykÃw, MarokaÅczykÃw i PakistaÅczykÃw (90 procent gÅosÃw negatywnych). TakÅe w Europie odwracajÄ siÄ od niego dotychczasowi zwolennicy. W Wielkiej Brytanii ma juÅ ponad poÅowÄ (57%) przeciwnikÃw. OczywiÅcie o Niemczech czy Francji lepiej nie wspominaÄ .
Kontrofensywa przeciw organizacjom fundamentalistycznym szÅa w parze z czÄÅciowÄ kapitulacjÄ przed ich ideologiÄ. Narzucenie przez formalnie Åwieckie paÅstwo skutecznej kontroli nad skrajnymi ugrupowaniami lub nawet spacyfikowanie ich, jak w wypadku Algierii, wcale nie oznaczaÅo powstrzymania rozwoju fundamentalistycznej wersji religii. Ta bowiem z roku na rok ma siÄ coraz lepiej.
Nowe okolicznoÅci wymusiÅy wiÄc zmianÄ polityki skrajnych fundamentalistÃw. No bo skoro niemoÅliwa, a przynajmniej bardzo trudna, okazaÅa siÄ bezpoÅrednia walka z reÅimami autorytarnymi, mimo wszystko jednak muzuÅmaÅskimi, to czyÅ naprawdÄ doskonaÅym rozwiÄzaniem nie byÅoby skierowanie gniewu wyznawcÃw islamu poza obszar swojej kultury? Tutaj odpowiednio spreparowana interpretacja wydarzeÅ mogÅaby przecieÅ okazaÄ siÄ duÅo skuteczniejsza. Skupienie siÄ na "krzyÅowcach dokonujÄcych agresji na kraje islamu" daÅoby szansÄ mobilizacji stronnikÃw w paÅstwach muzuÅmaÅskich, a to z kolei mogÅoby w przyszÅoÅci doprowadziÄ do ostatecznego zwyciÄstwa i przejÄcia wÅadzy u siebie.
Ten doÅÄ zÅoÅony scenariusz realizowany jest w duÅej mierze przez "politycznych banitÃw", ktÃrzy nie odniÃsÅszy sukcesu w ojczyÅnie, prÃbujÄ ï i to nie z niemaÅym sukcesem ï materializowaÄ go tym razem na sposÃb globalny. Banitami, oprÃcz samego Osamy bin Ladena, sÄ czoÅowi terroryÅci Åwiata: Ajman al-Zawahiri, zwiÄzany ongiÅ z egipskim odÅamem MuzuÅmaÅskiego DÅihadu, Saudyjczyk Al-Nasser, odpowiedzialny za zamach w Dahranie w 1998 roku, czy przebywajÄcy na pograniczu afgaÅsko-pakistaÅskim Egipcjanie Abdullah Ahmed Abdullah i Muszin Musa Matwali Atwah. Niestety, psychologiczna gleba dla ich przesÅania w Årodowisku muzuÅmaÅskim jest obecnie doÅÄ Åyzna, sam zaÅ Osama bin Laden staÅ siÄ wrÄcz medialnÄ ikonÄ. W badaniach Pew Research Center przeprowadzonych w marcu i kwietniu 2004 roku szef tzw. Al-Kaidy cieszy siÄ poparciem ponad 90 procent PakistaÅczykÃw, takÅe w Jordanii i Maroku jego zwolennicy gÃrujÄ nad przeciwnikami. W
ganizacji terrorystycznych zechcieli przygotowaÄ materiaÅy propagandowe, wystarczyÅoby im zrobiÄ streszczenie Ãwczesnych wypowiedzi PolakÃw. Nie trzeba by byÅo Åadnych manipulacji, aby wzbudziÄ wÅciekÅoÅÄ muzuÅmanÃw oskarÅajÄcych ZachÃd o zapÄdy imperialne. Bo skoro "wojna z terroryzmem" w Iraku jest tylko Årodkiem do celu, czyli wzmocnienia pozycji politycznej naszego kraju, a zarazem szansÄ na zarobienie paru dolarÃw albo przynajmniej na zniesienie amerykaÅskich wiz, to wobec tego ï sugerowaliby muzuÅmaÅscy odbiorcy materiaÅÃw propagandowych, i to nawet ci, ktÃrym daleko do pomysÅÃw terrorystycznych ï takie paÅstwo jest niczym innym, jak "tylko zwykÅym najeÅdÅcÄ, wartym tego, aby mu porzÄdnie przyÅoÅyÄ".
Prowadzona gÅÃwnie przez USA "wojna z terroryzmem" wkracza wiÄc w nowÄ jakoÅciowÄ fazÄ. ZachÃd jest podzielony jak nigdy dotÄd, a dla kilkusetmilionowej muzuÅmaÅskiej spoÅecznoÅci Stany Zjednoczone, uosabiane przez prezydenta Busha, stajÄ siÄ wrogiem numer jeden. To rokuje bardzo Åle na przyszÅoÅÄ. Czerwona lampka ostrzegawcza historii juÅ nie miga. Pali siÄ na staÅe.
I co dalej z naszÄ wojnÄ?
Od razu podkreÅlmy dwie zasadnicze sprawy. Chyba nikt odpowiedzialny nie kwestionuje obecnie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi ani nie myÅli o natychmiastowym wycofaniu polskich jednostek z Iraku po zamachach w Madrycie, co byÅoby powszechnie odczytane jako duÅy sukces grup terrorystycznych. Ale inne kwestie nie sÄ juÅ tak oczywiste.
PozwolÄ sobie na kilka osobistych uwag. PamiÄtam reakcje i komentarze po decyzji wysÅania polskiego kontyngentu do Iraku. MÃwiÅo siÄ o rosnÄcej roli Polski w polityce miÄdzynarodowej, pÃÅniej nawet o awansie do "pierwszej ligi", zwÅaszcza gdy przyznano nam, obok BrytyjczykÃw, samodzielnÄ strefÄ stabilizacyjnÄ. PamiÄtam takÅe zapowiedzi i nadzieje dotyczÄce "ogromnej fury grajcarÃw", jakie to Polska miaÅa zarobiÄ w ramach przyszÅych kontraktÃw w Iraku. Przychodzi mi teÅ na myÅl jeden z ÅoÅnierzy, ktÃry szczerze przyznaÅ w wywiadzie, Åe jego motywacjÄ jest przygoda i pieniÄdze, "potrzebne do ukoÅczenia domu". To wszystko dziwnie korespondowaÅo ze sÅowami Janiny Ochojskiej, ktÃra z ubolewaniem stwierdziÅa, Åe rzÄd RP najchÄtniej nie daÅby zÅamanego grosza na jakÄkolwiek akcjÄ humanitarnÄ w Iraku, tak wiÄc czÅonkowie PAH muszÄ korzystaÄ z funduszy amerykaÅskich. PomyÅlaÅem wÃwczas sobie, Åe gdyby jacyÅ szaleni ideolodzy or
kt, ktÃrego konsekwencje trudno przewidzieÄ.
OczywiÅcie nie wiem, czy takie materiaÅy rzeczywiÅcie powstaÅy. Niewykluczone jednak, Åe jeÅeli gdzieÅ siÄ pojawiÅy, to ich odbiorcy uksztaÅtowali sobie bardzo ciekawy wizerunek Polski.
Na szczÄÅcie te wypowiedziane bardzo gÅoÅno gÅupstwa naleÅÄ juÅ do przeszÅoÅci. Na szczÄÅcie dowÃdztwo wojskowe w polskiej strefie postÄpowaÅo doÅÄ rozsÄdnie w stosunku do przedstawicieli miejscowych wspÃlnot religijnych i etnicznych, co ostatecznie przyczyniÅo siÄ do relatywnie niewielkich strat w ludziach. TakÅe na szczÄÅcie polska polityka zagraniczna na Bliskim Wschodzie, a szczegÃlnie w Iranie, ktÃry ma spory udziaÅ w tym, co w sÄsiednim Iraku siÄ dzieje, byÅa realizowana w przemyÅlany sposÃb. To wszystko wystarcza jednak do kontynuowania strategii na krÃtki, no, moÅe Åredni okres. Ale dzisiaj to juÅ za maÅo.
Przede wszystkim wiemy juÅ, Åe wszelkie analizy i debaty w Polsce, w ktÃrych to porÃwnywano Saddama Husajna do Adolfa Hitlera, wÄtpliwoÅci zaÅ co do militarnego rozstrzygniÄcia problemu do niesÅawnych kompromisÃw monachijskich, byÅy funta kÅakÃw warte. GÅÃwny powÃd interwencji w Iraku, czyli bezpoÅrednie zagroÅenie broniÄ masowego raÅenia przez Husajna, okazaÅ siÄ caÅkowicie nietrafiony. Wywiad amerykaÅski przekazaÅ bÅÄdne informacje i ï co tu ukrywaÄ ï skompromitowaÅ siÄ caÅkowicie. TakÅe oskarÅenia o wspÃÅpracÄ Iraku z Al-KaidÄ nie znajdujÄ potwierdzenia. Prawdopodobnie wiÄcej majÄ na sumieniu Syria, Pakistan czy nawet tzw. monarchie naftowe, tyle Åe akurat te kraje cieszÄ siÄ sporÄ swobodÄ dziaÅania, a nierzadko i amerykaÅskim poparciem.
MoÅna naturalnie wysuwaÄ tezÄ, Åe usuniÄcie irackiego despoty w dalszej perspektywie przyczyni siÄ do stabilizacji regionu. MoÅna takÅe powoÅywaÄ siÄ na badania opinii IrakijczykÃw, spoÅrÃd ktÃrych wiÄkszoÅÄ ma nadziejÄ, iÅ po wojnie bÄdzie im siÄ ÅyÅo duÅo lepiej. Ale konstruowane w ten sposÃb odpowiedzi nie rozwiÄzujÄ zasadniczego dylematu. Bo jeÅeli w przyszÅoÅci amerykaÅski styl postÄpowania politycznego wzglÄdem Iraku bÄdzie precedensem, to oznacza, Åe kaÅdy niemal powÃd do wojny, zwÅaszcza mÃwiÄcy o potencjalnym zagroÅeniu terrorystycznym, zostanie uznany za usprawiedliwiony. PÃÅniej, w razie wpadki, moÅna go bÄdzie przecieÅ dowolnie zmieniaÄ i podaÄ na przykÅad, Åe chodzi o wprowadzenie demokracji, o przestrzeganie praw czÅowieka albo o tuzin jeszcze innych rzeczy, ktÃre przyjdÄ do gÅowy nadgorliwym ideologom .
Nie dziwmy siÄ wiÄc postawie ogromnej grupy EuropejczykÃw, ktÃrzy podwaÅajÄ zasadnoÅÄ amerykaÅskich metod "wojny z terroryzmem". I nie chodzi tu wyÅÄcznie o problemy etyczne, lecz o fundamentalnÄ kwestiÄ bezpieczeÅstwa wewnÄtrznego. WyobraÅmy sobie FrancjÄ, majÄcÄ u siebie kilkumilionowÄ muzuÅmaÅskÄ mniejszoÅÄ, ktÃra przystÄpuje do antyirackiej koalicji. W momencie gdy upadajÄ wszystkie argumenty za interwencjÄ, operacja militarna zostaje w oczach miejscowych muzuÅmanÃw odebrana jako niczym nieusprawiedliwiona agresja. W rezultacie pojawia siÄ ogromny wzrost napiÄcia, a nawet wybuch wiÄkszej lub mniejszej intifady. Po szybkiej reakcji siÅ bezpieczeÅstwa tÅumiÄcych otwartÄ rebeliÄ najbardziej radykalne odÅamy decydujÄ siÄ na dziaÅalnoÅÄ terrorystycznÄ. SkutecznoÅÄ planÃw dotyczÄcych integracji spoÅecznoÅci muzuÅmanÃw z kulturÄ zachodniÄ spada wÃwczas niemal do zera. W dalszej perspektywie oznacza to nieustanny konfli
iemaÅa, mamy przecieÅ historiÄ bardzo dobrych kontaktÃw z krajami islamu, i to poczÄwszy od Turcji, a skoÅczywszy na Iranie. Czy w takiej sytuacji mamy przygotowany jakiÅ dÅugo-, a przynajmniej Åredniofalowy plan dziaÅania i jak by on wyglÄdaÅ we wspÃÅpracy z krajami Unii Europejskiej, bez ktÃrej zwalczanie plagi terroryzmu po prostu nie ma sensu?
Nie sposÃb wiÄc lekcewaÅyÄ problemÃw wewnÄtrznych krajÃw europejskich, i to w sytuacji gdy jesteÅmy partnerami w tworzeniu wspÃlnej polityki zagranicznej. "Wojna z terroryzmem" to prawdziwe pole minowe, gdzie faÅszywy krok zwiÄksza, a nie zmniejsza zagroÅenie. Nie unikniemy zatem pytaÅ, ktÃre zapewne coraz czÄÅciej zadajÄ sobie Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy.
W jaki stopniu "wojna z terroryzmem" jest rzeczywiÅcie metodÄ likwidowania terroryzmu, a w jakim po prostu czÄÅciÄ amerykaÅskiego planu zbudowania "przyjaznej strefy wpÅywÃw" na Bliskim Wschodzie? Czy w drugim wypadku nadal jesteÅmy przekonani, Åe powinniÅmy braÄ w tym udziaÅ?
Kolejne pytania sÄ konsekwencjÄ poprzednich. Czy jesteÅmy w stanie sami podsumowaÄ obecny stan "wojny z terroryzmem", a tym samym trzeÅwo spojrzeÄ na realizacjÄ naszego dotychczasowego sojuszu militarnego ze Stanami Zjednoczonymi? Liczba zamachÃw w czasie jej trwania bynajmniej nie zmalaÅa, a wydaje siÄ, Åe ci spoÅrÃd muzuÅmanÃw, ktÃrzy byli dotychczas neutralni, zaczynajÄ siÄ radykalizowaÄ, poniewaÅ owÄ "wojnÄ" uznajÄ jedynie za pretekst do rozszerzania amerykaÅskich wpÅywÃw w Åwiecie islamu. Czy wobec tego nie czas zmieniÄ strategiÄ, albowiem dotychczasowa, oparta przede wszystkim na sile militarnej, jest tylko czÄÅciowo skuteczna? I wreszcie ï jak moÅna wciÄgnÄÄ do systematycznej wspÃÅpracy rzÄdy i organizacje muzuÅmaÅskie, bo bez ich rzeczywistego, a nie pozorowanego udziaÅu "wojna z terroryzmem" przeistoczy siÄ w prawdziwe zderzenie cywilizacji prorokowane przez Huntingtona? W tym ostatnim wypadku rola Polski jest caÅkiem n
Wszystkich odpowiedzi nie poznamy w najbliÅszym czasie. To zwyczajnie niemoÅliwe. Ale jedno jest pewne. Odpowiedzi na te pytania sÄ duÅo waÅniejsze dla samej Europy aniÅeli dla StanÃw Zjednoczonych. ChociaÅby z powodu poÅoÅenia geograficznego i takiej, a nie innej struktury demograficznej, etnicznej i wyznaniowej. I wreszcie rzecz najwaÅniejsza. Po Madrycie globalne problemy Europy staÅy siÄ naszymi problemami. I globalny strach rÃwnieÅ.
PIOTR KÅODKOWSKI, ur. 1964, dr orientalistyki. WydaÅ: Homo mysitcus hinduizmu i islamu (1998), Jak siÄ modlÄ hindusi (red. i oprac.,2000), Wojna ÅwiatÃw? O iluzji wartoÅci uniwersalnych (2002). Adiunkt w WyÅszej szkole Informatyki i ZarzÄdzania w Rzeszowie.
