Cześć!

> „Dzienniczek” w wersji oryginalnej, ze względu na swoją
> pierwotną formę (m.in. wobec tego, że był pisany w wizji św. Faustyny
> bez znaków przestankowych i jakichkolwiek korekt), wymagał opracowania.

Być może prof. Błeszyński dokonał jakiegoś skrótu myślowego, ale z powyższego 
cytatu wynika moim zdaniem, że samo już dodanie przecinków i innych czynności 
korektorskich prowadzi jego zdaniem do stworzenia opracowania. Trudno mi 
zgodzić się z taką interpretacją, skoro opracowaniem jest wyłącznie twórcze 
przekształcenie cudzego utworu. Wstawienie przecinków i poprawienie błędów 
zgodnie z zasadami ortografii i gramatyki trudno uznać za wkład twórczy.

W każdym razie prof. Błeszyński zdaje się ignorować istotę problemu, którym 
jest praktyczna niemożność prowadzenia jakiejkolwiek działalności w oparciu o 
domenę publiczną/dozwolony użytek. Mianowicie - istnieje niby przepis 
stanowiący, że ochrona wygasa 70 lat po śmierci twórcy. Przepis ten jednak 
zawiera wyjątki od tej zasady. Niezależnie jednak od tych wyjątków, ustalenie, 
czy w przypadku konkretnego utworu jego ochrona wygasła nie jest często możliwe 
bez dostępu do danych znajdujących się w prywatnych rękach jakiegoś 
wydawnictwa, spadkobierców itp. Z kolei ustalenie, kto ma te dane nie jest 
również łatwe. No i jeszcze ustalenie, czy są one wiarygodne - skoro bowiem 
samo Zgromadzenie, do którego należała Św. Faustyna oznacza rzekome opracowanie 
Dzienniczka jako utwór oryginalny, to kto inny ma być źródłem prawdziwej 
informacji, koniecznej do ustalenia, czy utwór nadal jest chroniony?

Rację ma prof. Błeszyński, że nieznajomość tych danych i opieranie się np. na 
błędnej informacji, że funkcjonujący w obrocie Dzienniczek tak naprawdę może 
nie być autorstwa Św. Faustyny, lecz "korektora", nie zwalnia od 
odpowiedzialności za naruszenia prawa autorskiego. Problem w tym, że nie ma 
nikogo - poza sądem - kto mógłby zapewnić, że ta informacja istotnie jest 
błędna. W prawie autorskim nie ma odpowiednika ksiąg wieczystych, do których 
każdy może się udać i sprawdzić, czy przechodząc na skróty przez jakąś łąkę 
narusza cudze prawa. Jeżeli teraz ktoś (np. biblioteka cyfrowa) chciałby wydać 
powiedzmy 100 książek należących prawdopodobnie do domeny publicznej oznacza to 
w zasadzie konieczność przeprowadzenia 100 procesów sądowych, które też nie 
gwarantują, że biblioteka nie zostanie następnie pozwana przez cudownie 
odnalezionego zapomnianego autora.

Z kolei pod koniec swojego artykułu prof. Błeszyński twierdzi, że bezzasadna 
byłaby lista "utworów niechronionych", podczas gdy red. Kosiarski, z którym 
profesor polemizuje wskazywał na niedogodności wynikające z nieistnienia listy 
CHRONIONYCH utworów, do których prawa - w braku spadkobierców - przeszły na 
Skarb Państwa. Brak takiej listy oznacza po prostu to, że urzędnicy nie wiedzą 
co mają, wobec czego zainteresowani nie mogą w ogóle skorzystać z tych utworów, 
które przecież należą "do nas wszystkich" - Skarb Państwa jest przecież swego 
rodzaju odpowiednikiem majątku wspólnego (przynajmniej w tym sensie, że 
powinien być dla dobra wspólnego wykorzystywany). Zatem, postulat wprowadzenia 
listy utworów SP to postulat uporządkowania biurokratycznego bałaganu, a nie 
wprowadzenia dodatkowej biurokracji - jak twierdzi prof. Błeszyński.

Pozdrawiam,
Krzysztof Siewicz

---------------------------------------------------------------
Przygotuj si� na przysz�o��!
Kliknij >>>  http://link.interia.pl/f238a

_______________________________________________
Cc-pl mailing list
[email protected]
http://lists.ibiblio.org/mailman/listinfo/cc-pl

Odpowiedź listem elektroniczym