http://www.medianet.com.pl/~naszapol/0324/0324pori.php
Nasza Polska
POLSKA NIE PRZETRWA W UE NAWET 5 LAT
Z Władimirem Bukowskim, rosyjskim pisarzem i dysydentem,
rozmawia Andrzej Poray
- W udzielanych przed laty wywiadach przepowiedział Pan rozpad
Związku Radzieckiego i - jak pokazał czas - proroctwa były
bardzo trafne. Proszę jeszcze raz zabawić się w swojego rodzaju
wróża i powiedzieć, jaki los spotka Polskę w ciągu najbliższych
10 lat po włączeniu w struktury Unii Europejskiej.
- Po dwóch, góra trzech latach waszego członkostwa w UE ludzie w
Polsce będą tak niezadowoleni, że może dojść do jakichś
niepokojów społecznych. Rolnictwo najprawdopodobniej zostanie
zniszczone przez wspólną politykę rolną UE, tak jak to miało
miejsce na przykład w Wielkiej Brytanii. Jednak tamtejsze
rolnictwo, w przeciwieństwie do waszego, nie było aż tak duże i
nie miało również takiego znaczenia dla gospodarki. Sytuacja
polskich rolników będzie beznadziejna, ci ludzie
najprawdopodobniej będą chcieli się przenieść do miast, ale tam
również nie będzie dla nich pracy. Pan mówi o 10 latach w UE, ja
powiem ze smutkiem, że nie sądzę, żeby Polska przetrwała choćby
5 lat w unijnym reżimie.
- W jednej ze swoich publikacji napisał Pan, że Unia Europejska
coraz bardziej przypomina Związek Sowiecki. Zaczyna dominować
polityczna poprawność, coraz bardziej uprzywilejowane są
mniejszości narodowościowe, wyznaniowe, rasowe.
- Swoistym zapleczem ideowym zwolenników politycznej poprawności
w Unii Europejskiej jest twierdzenie Marcuse'a, że Marks się o
tyle pomylił, iż klasą rewolucyjną nie jest proletariat, a
różnego rodzaju klasy, tzw. niższe, czyli na przykład imigranci
czy różne mniejszości, którym wydaje się, że są w różny sposób
uciskane. Te grupy, które są postrzegane jako "wyzyskiwane", są
swoistą trampoliną do władzy. I tak na przykład feministki
przekonują, że kobiety to jest wyzyskiwana, wykorzystywana
mniejszość. Oczywiście kobiet na świecie jest więcej niż
mężczyzn, jednak dla feministek kobiety są ową biedną uciskaną
mniejszością.
- A jak my, mężczyźni, je prześladujemy?
- (śmiech) Oczywiście, że je prześladujemy, w końcu tak
twierdzą. Prześladujemy je na przykład poprzez traktowanie ich
jak kobiety. Feministki uważają, że jeżeli będziemy
przedstawicielki płci pięknej traktować jak mężczyzn, to wówczas
nie będą one wyzyskiwane. Takie twierdzenia brzmią co prawda
śmiesznie, ale w rzeczywistości są bardzo niszczące dla
społeczeństwa. Na przykład, co widać właśnie w Stanach
Zjednoczonych, feminizm ma bardzo dużą się niszczącą, jeśli
chodzi o armię. Kobiety domagają się stworzenia im możliwości
wstąpienia do wojska na takich samych zasadach, jak przyjmowani
są mężczyźni. I tak właśnie się dzieje, a jeśli nie, to idą do
sądu i oskarżają armię o szykanowanie, dyskryminację. Jeżeli
jakąś kobietę usuwa się z wojska - nieważne, z jakich powodów -
to prowadzone są długie dochodzenia trwające niekiedy latami. I
nieważne są ustalenia faktyczne. Feministki twierdzą i tak, że
została usunięta tylko dlatego, że jest kobietą. Mówiłem już o
tym, że feminizm niszczy armię jako siłę zbrojną. Może pokrótce
objaśnię, na czym to polega. Po pierwsze - wojsko czy też
dowództwo danej jednostki musi obniżyć poziom treningu, bowiem
kobiety nie są w stanie sprostać takiemu samemu obciążeniu
fizycznemu, takim wymogom, jak mężczyźni. Kobieta nie jest w
stanie rzucić granatem tak samo daleko jak mężczyzna, w związku
z czym wymagany dystans, na jaki trzeba w trakcie ćwiczeń rzucić
granat, został zredukowany.
- Dość powszechnym argumentem, niewątpliwie w pewien sposób
związanym z wszechobecną poprawnością polityczną, jest dość
często stosowane przez feministki określenie "molestowanie
seksualne"...
- Tak! Wystarczy, że mężczyzna spojrzy na atrakcyjną kobietę, a
ona już może iść do sądu i oskarżyć go o "molestowanie". Termin
ten jest bardzo chwytliwy w Unii Europejskiej. Tworzy pewną
atmosferę terroru i zastraszenia. Ludzie boją się przebywać ze
sobą sam na sam, mężczyzna w jednym pomieszczeniu sam na sam z
kobietą, tylko dlatego, że każde takie spotkanie może prowadzić
do oskarżenia. Z politycznej poprawności wynika też coś, co
można nazwać - mówiąc bardzo brzydko - "kwotowaniem kobiet". Na
przykład w przedsiębiorstwach państwowych musi być zatrudniona
odpowiednia liczba kobiet. I nieważne, że nie radzą sobie na
danym stanowisku - muszą tam być. W przeciwnym wypadku pojawia
się hasło - straszak: dyskryminacja ze względu na płeć.
- Doskonale zna Pan zagrożenia, jakie niesie ze sobą system
totalitarny. Również zagrożenia, jakie dla krajów słabszych,
gorzej rozwiniętych, niesie próba bycia przez jeden z krajów
tzw. żandarmem świata. Według niektórych taką rolę próbują
obecnie odgrywać Stany Zjednoczone. Czy nie stanowi to pewnego
zagrożenia dla demokracji?
- Stan jednobiegunowości, jaki obserwujemy we współczesnej
geopolityce po zniknięciu ZSRR, nie będzie trwał długo. Sądzę,
że niebawem pojawią się nowe siły, które w pewien sposób będą
mogły czy próbowały stanowić równoważnik dla Stanów
Zjednoczonych. Mam tu na myśli choćby Chiny. Z drugiej strony
warto zauważyć, że Stany Zjednoczone nie są społeczeństwem
imperialistycznym, nie są krajem, który dąży do dominacji na
świecie. Wiem coś o tym, bowiem przez cztery lata mieszkałem w
Stanach Zjednoczonych, jeżdżę tam dosyć regularnie, znam
tamtejszych przywódców; w ich zamysłach nie ma projektów
tworzenia jakiegoś imperium. Amerykanie nie są w stanie stworzyć
światowego imperium choćby z tej prostej przyczyny, że większość
Amerykanów niewiele wie o świecie poza Stanami Zjednoczonymi.
Jeżeli chodzi o inne kraje, to najczęściej zdają sobie sprawę z
tego, że istnieje coś takiego jak Meksyk. (śmiech) Gdyby zapytał
Pan przeciętnego, średnio wykształconego Amerykanina, gdzie
znajduje się Polska, byłby zmieszany, prawdopodobnie nie umiałby
pokazać tego kraju na mapie.
- Czy jest to Pana zdaniem kwestia takiego poczucia własnej
wielkości mieszkańców Stanów, na zasadzie "jesteśmy silni, nie
musimy nic wiedzieć o innych", czy też kwestia elementarnych
braków wiedzy, którą Europejczycy dość często wypominają
Amerykanom?
- W szkołach amerykańskich nie ma lekcji geografii. Amerykanie
nie znają świata, po prostu się nim nie interesują. Oni w
zdecydowanej większości spędzają całe życie w stanie, w którym
się urodzili, rzadko przekraczają granicę. Nie jest to naród,
który chciałby zdominować świat. Ich to po prostu nie
interesuje. Gdyby nie to, że zostali zaatakowani w zamachach
terrorystycznych, nie byłoby wojny w Afganistanie czy w Iraku.
To, co się stało, jest reakcją łańcuchową na wydarzenia z 11
września.
- Przenieśmy się teraz do Rosji, w której zdaniem obserwatorów
dokonuje się proces dostosowywania się do standardów cywilizacji
zachodniej. Jak to jest w rzeczywistości, jak Pan to ocenia,
obserwując swój kraj ojczysty z daleka?
- W mojej ocenie Rosja w chwili obecnej w bardzo szybkim tempie
stacza się w przeszłość. Na początku lat 90. były pewne próby
wprowadzenia demokracji, reform rynkowych. Nie mówię, że wówczas
ta demokracja w pełnym tego słowa znaczeniu zaistniała, ale
przynajmniej podejmowano próby mające na celu demokratyzację
życia. Później sytuacja się całkowicie odwróciła, a władza w
mojej Ojczyźnie ponownie wróciła w ręce KGB. I nie mam tu na
myśli bynajmniej tylko prezydenta Putina, o którego związkach z
KGB wszyscy wiedzą. Powiem tak - oni są w kręgach władzy, w
biznesie w środowiskach kultury, w mediach. Cała sytuacja w
Rosji, to, co się w tych grupach dzieje, zależy właśnie od KGB.
Niedawno wyliczono, że w ścisłym przywództwie Rosji znajduje się
20 procent byłych członków sowieckiego KGB.
- Pan, rosyjski dysydent, wielokrotnie krytykował sytuację w
Rosji. Również krwawe działania rosyjskiego wojska mordującego
czeczeńskich cywilów...
- Trzeba pamiętać, że były dwie wojny w Czeczenii. Ta pierwsza
była takim spadkiem po ambicjach imperialnych Rosji. Kiedy
okazało się, że Rosjanie nie są w stanie przezwyciężyć oporu
Czeczeńców, Jelcyn zadecydował, żeby zostawić tych ludzi w
spokoju, żeby radzili sobie sami. Pokój między czeczeńskimi
powstańcami a Rosją został podpisany momentalnie, jak tylko
przerwano działania wojenne. Druga wojna była, moim zdaniem,
ewidentną prowokacją polityczną inspirowaną przez kręgi związane
z KGB. Dzięki tej prowokacji, stworzeniu całkiem realnego
poczucia zagrożenia atakami terrorystycznymi wśród Rosjan,
funkcjonariuszom KGB udało się przejąć i ponownie pogłębić swoją
władzę. Stworzono taki nastrój zagrożenia w kraju, że
społeczeństwo samo zaczęło szukać kogoś silnego, kogoś, kto
weźmie sprawy w swoje ręce i przywróci poczucie bezpieczeństwa.
Dzisiaj doskonale wiemy, że te pierwsze słynne zamachy bombowe w
Moskwie były inspirowane przez KGB. Podobnie było przecież z
konfliktem Rosja - Dagestan, jaki miał miejsce na początku tej
wojny. Dowodów na to jest całe mnóstwo. W tej chwili jednak
sytuacja w Rosji i Czeczenii jest taka, że osoby, które
rozpętały tę wojnę, chciałyby ją zakończyć, ale nie bardzo
wiedzą, jak to zrobić. Czeczeńcy cały czas walczą, z drugiej
strony Rosjanie uważają, że rozpoczęcie negocjacji przez nich
byłoby przyznaniem się, że ta wojna była niepotrzebna. Można
powiedzieć, że obie strony utkwiły w martwym punkcie. Z drugiej
strony jednak w samym społeczeństwie rosyjskim wzrasta
potępienie dla tej wojny, w tej chwili już około 60 procent
obywateli rosyjskich chciałoby zakończenia działań wojennych w
Czeczenii.
- Czy więc oznacza to, że Czeczenia powinna być niepodległa?
- Oczywiście.
- Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się nowej książki
Pana autorstwa?
- (śmiech) Powinienem coś napisać, ale obawiam się, że jestem
zbyt leniwy...
- Dziękuję za rozmowę.