http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040626&id=my12.txt
> Dynamit pod Polską > > Rozmowa z posłem Janem Olszewskim, premierem rządu RP > w latach 1991-1992, przewodniczącym Ruchu Odbudowy > Polski > > Polska to najmłodsze społeczeństwo Wspólnoty Europejskiej. > Są jednak i inne "naj": najwyższe bezrobocie, wśród > młodzieży aż 40-procentowe, najniższy w Europie > 44-procentowy wskaźnik zatrudnienia, najniższe nakłady na > naukę - 0,64 PKB, trzy razy mniejsze niż średnia w Unii. Panie > Premierze, marnujemy ogromny potencjał! > - To jest przede wszystkim ogromny ładunek wybuchowy > społecznie. W praktyce prawie połowa młodych ludzi znalazła się w sytuacji > bez wyjścia. Proszę zwrócić uwagę, że brak pracy oznacza jednocześnie > zablokowanie możliwości dalszego kształcenia, bo przeważnie ma ono > komercyjny charakter. Brak jakichkolwiek form publicznego wsparcia > inwestycji we własne kwalifikacje ustawia tę młodzież w zaklętym kręgu > niemocy. Tradycyjnie takie sytuacje rozwiązuje migracja zarobkowa. > > Przecież, zdawać by się mogło, cała Europa czeka na młodzież. Gdyby kraje > starej Unii miały taką armię młodych ludzi jak Polska, rozwijałaby się > szybciej niż teraz... > - To nie jest takie proste. Rzeczywiście Europa się starzeje i powinna czekać > na młodzież, ale jednocześnie Europa też odczuwa plagę bezrobocia. Dla > nich bezrobocie powyżej 4-5 procent już stanowi problem. A taka właśnie > stopa bezrobocia występuje w większości krajów starej Unii. Stąd te wszystkie > restrykcje w zatrudnianiu ludzi spoza ścisłej Piętnastki i obostrzenia na > wypadek ewentualnej migracji zarobkowej z Polski. Najbliższe rynki - > niemiecki i austriacki, są szczelnie chronione. > > Bezrobocie na Zachodzie nie ma tak dramatycznej wymowy jak w Polsce. > Chodzi nie tylko o mniejszą skalę, ale również dobre zabezpieczenie socjalne > bezrobotnych. Tymczasem dla nas jest to szok. Gdyby przed 15 laty ktoś > powiedział, że ta młodzież, która się wtedy rodziła, będzie pozbawiona > perspektyw, zapewne byśmy nie uwierzyli. Gdzie popełniono błąd, Panie > Premierze? > - Błąd popełniono w moim przekonaniu już na samym początku procesu > transformacji, a na pewno po roku 1992-1993, kiedy to dochód narodowy, > zredukowany przez terapię Balcerowicza, zaczął ponownie rosnąć i wszystko > wskazywało, że jest to trwały przełom. Patrząc na statystyki, można było > wtedy przewidzieć, że za kilka lat fala młodzieży wkroczy na rynek pracy, > toteż należało skierować uzyskiwaną nadwyżkę na pobudzanie inwestycji, > które w przyszłości mogłyby wchłonąć tę falę młodych ludzi. > > Politycy ówczesnej Unii Demokratycznej i Kongresu > Liberalno-Demokratycznego, którzy wtedy sprawowali władzę (dziś Unia > Wolności i Platforma Obywatelska), wyznawali zasadę, że "najlepszą > polityką gospodarczą jest brak polityki gospodarczej". Państwo nie tylko > nie inwestowało w gospodarkę, ale zaczęło sprzedawać już istniejący > majątek produkcyjny. > - Co więcej, na ogromną skalę występowało zjawisko likwidacji majątku > produkcyjnego. Całe gałęzie przemysłu zostały zamknięte. > > Prywatyzacja odbywała się pod hasłem tworzenia nowych miejsc pracy. > Mówiono, że przyjdą zachodni inwestorzy i te miejsca pracy nam dadzą. > - To hasło było obliczone na wprowadzanie w błąd opinii publicznej. > Wystarczy sprawdzić, na jakich warunkach sprzedawano zakłady: przecież te > porozumienia były podpisywane z gwarancją utrzymania miejsc pracy tylko > przez dwa, trzy lata. Krótko mówiąc, tworzono przesłanki dla kumulacji w > przyszłości bezrobocia. Wiadomo było, że po upływie tych kilku lat nowi > właściciele przystąpią do redukowania załóg. I to się akurat zbiegło z wyżem, > tworząc dodatkowy nacisk na rynek pracy. > > Przecież te porozumienia podpisywały związki zawodowe, załogi. Czyżby nie > zdawały sobie sprawy, że tak się to musi skończyć? > - Ano właśnie... Z raportu Rządowego Centrum Studiów Strategicznych > wynika, że 40 proc. Polaków określa prywatyzację jako "grabież", a dalsze 33 > proc. eufemistycznie jako "wyprzedaż". To celna ocena. Ja ją podzielam. > Taka forma prywatyzacji była realizowana z pełną premedytacją i jej autorzy > wiedzieli, że przeszkoda może być tylko jedna: opór załóg. Aby go > przełamać, w ustawie z 1993 r. wprowadzono tzw. pakiety pracownicze. To > była zwyczajna łapówka dla załóg! > Klasyczny przykład: Kwidzyn, wielka inwestycja gierkowska na rzecz sektora > propagandy, najnowocześniejszy i największy zakład papierniczy w Europie, > słowem - perła... Sprzedany został za jedyne 150 mln dolarów. Tymczasem > wartość szacunkowa przedsiębiorstwa sięgała miliarda dolarów! Przepraszam, > nawet nie za 150 mln, lecz za 120 mln. To nabywca przy jakiejś okazji podał > sumę 150 mln dolarów. W co zainwestował pozostałe 30 mln - do dzisiaj nie > wiemy, a on się tym nie chwali... Otóż zanim doszło do sprzedaży Kwidzynia, > można było obserwować ciekawe zjawisko: ludzie z załogi i przedstawiciele > wszystkich związków zawodowych przyjeżdżali do Warszawy i naciskali na > szybką prywatyzację, udzielając tym samym alibi ministrowi > Lewandowskiemu, od którego rzecz zależała. Inwestor zaoferował im w > ramach pakietu pracowniczego sumy, które w PRL-owskiej skali wydawały się > majątkiem. Prawie wszyscy zaopatrzyli się w samochody i majątek poszedł! > Dzisiaj Kwidzyn nie jest dla nich żadnym eldorado. Ze względu na bezrobocie > w Polsce w tym bardzo nowoczesnym, wydajnym zakładzie poziom płac jest > niższy niż w mniej wydajnych zakładach na Zachodzie. Z perspektywy > dzisiejszej widać, że załoga nie zrobiła dobrego interesu. > > A zatem prywatyzacja zawiodła nadzieje podwójnie: nie tylko nie ma miejsc > pracy, ale i godziwych warunków zatrudnienia. Nacisk bezrobocia sprawił, że > w wielu firmach kodeks pracy trafił do kosza. 40 proc. pracodawców zalega > z wynagrodzeniami, nie jest przestrzegany czas pracy, są trudności z > uzyskaniem urlopu. > - Łamanie praw pracowniczych, zwłaszcza zaleganie z wypłatą wynagrodzenia, > jest wśród pracodawców dość powszechne. W ten sposób zmuszają oni > pracowników do kredytowania przedsiębiorstwa. Niestety, z reguły nie ma na > to żadnej reakcji ze strony władz. To woła o pomstę do nieba! Przed wojną > uprawianie takiego procederu byłoby niemożliwe, ponieważ przepisy > nakładały na zaległe wynagrodzenia odsetki karne w takiej wysokości, że > dłuższe, kilkumiesięczne zatrzymanie wypłat musiało skończyć się > bankructwem przedsiębiorstwa. > > A w III RP nie możemy takiego rozwiązania zastosować? > - Nie tylko możemy, ale powinniśmy. Blokowanie wypłaty wynagrodzenia to w > wymiarze moralnym zwykła kradzież, bo te pieniądze należą do tego, kto na > nie już zapracował. > > Jednak w naszym kraju nie udało się rozprawić z tym problemem. Czy jest > to świadome zaniechanie ze strony rządzących? > - Od początku III RP w prawodawstwie przewija się nieustannie wątek > uprzywilejowania grupy sprawującej władzę i dysponującej majątkiem. > > Kto tworzy tę grupę? > - Oczywiście prominenci PRL, do których dokooptowana została przy > Okrągłym Stole część opozycji. Połączyła ich perspektywa materialnych > korzyści, przywilejów. Myślę, że nie zawarli formalnej umowy, raczej chodzi o > domniemanie, które wszyscy przyjęli milcząco, specjalnie się tym nie chwaląc. > Chociaż, jeśli prześledzić publikacje niektórych przedstawicieli tej opozycji, > zwłaszcza z kręgu Unii Wolności, to jest w nich powiedziane wprost: trzeba > jakoś zrekompensować czerwonym oddanie władzy... Niech oni się uwłaszczą, > byle oddali tę władzę w nasze ręce. > To jest w istocie żerowanie na państwie. Taki drobny może przyczynek: > gdybyśmy prześledzili przepisy związane z pobudzaniem budownictwa > mieszkaniowego, wydawane od 1991 r., to łatwo dostrzec, że tworzyły one > przywileje dla ludzi, którzy i bez nich byli w stanie zainwestować spore > pieniądze w duże mieszkania i wille. Taką rolę pełniła np. duża ulga > podatkowa. Nie stworzono natomiast przez te wszystkie lata żadnej > perspektywy uzyskania kredytu dla tych, którzy nie posiadali dużej gotówki. > To najlepszy przykład, o kogo w tym systemie tak naprawdę chodzi. > > Rozwarstwienie społeczeństwa widać gołym okiem. Wielu ludzi odczuwa > boleśnie regres, kiedy np. dzieci nie mogą dorównać rodzicom w poziomie > życia czy wykształceniu. > - Poprzedni model też opierał się na przywilejach. Rekrutacja rządzącej > nomenklatury odbywała się na podstawie negatywnych kryteriów: nie liczyły > się zdolności czy profesjonalizm, lecz uległość. Trzeba było publicznie > zademonstrować dwulicowość. Jak wiadomo, większość społeczeństwa > uważała konieczność wyznawania urzędowych poglądów za zwykły idiotyzm. > Zgoda na tę cenę oznaczała zarezerwowane dla tej grupy przywileje. Dla > pozostałych zaś stworzono pewne minimum, wprawdzie kurczące się, ale > dopiero wtedy naprawdę zagrożone, kiedy ktoś z jakichś powodów > przeciwstawiał się reżimowi lub po prostu władzy podpadł. Wtedy istniała > możliwość zupełnego zniszczenia takiej jednostki. Jednak dla przeciętnego > człowieka rezerwowano pewne minimum opłacane z ogólnej puli. > Dzisiaj natomiast mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ta sama grupa > dawnej nomenklatury doszła do wniosku, że ona już obciążeń na rzecz reszty > społeczeństwa płacić nie musi. Jest demokracja, jest wolny rynek, po co nam > reszta? Proszę zwrócić uwagę, jak dalece cały ton propagandy, cały styl > działania oficjalnego establishmentu politycznego zmierza w gruncie rzeczy > do tego, aby ludzi zniechęcić do jakiegokolwiek zaangażowania, do udziału w > wyborach. To jest obliczone na korzyść nomenklatury. Najchętniej by się > wybierali w gronie własnego 5-procentowego elektoratu, swoich krewnych i > znajomych. Jeśli dalej tak pójdzie, to rzeczywiście osiągniemy taki "idealny > stan", demokrację 5-procentową. I oczywiście będzie się mówiło, że przecież > nie można ludzi do demokracji zmuszać... > > Czy to jeszcze jest demokracja? > - To będzie taka demokracja jak w Atenach, gdzie obywatele stanowili 5 > procent, a reszta była niewolnikami. > > Był Pan premierem rządu przez ponad 5 miesięcy na przełomie 1991/92. > Czy można było wtedy inaczej poprowadzić polskie sprawy, gdyby > utrzymała się przy władzy opcja patriotyczna? > - Wówczas sądziłem, że można. Patrząc na to jednak z perspektywy czasu, > zaczynam mieć wątpliwości, czy już nie było zbyt późno. Myśmy na pewno > mieli taką szansę w 1989 roku, mieliśmy ją jeszcze na przełomie 1990/1991 > r., w momencie wyborów prezydenckich i zwycięstwa Wałęsy. Gdyby wtedy był > realizowany program, który Wałęsa głosił, to tak. Natomiast czy było to > jeszcze możliwe pod koniec 1991 r., po wyborach przeprowadzonych według > ordynacji, którą z premedytacją tak przygotowano, żeby dawała gwarancję, że > nie wyłoni się Sejm, w którym będzie większość zdolna do przejęcia > odpowiedzialności za kraj? Myślę, że ta ordynacja będzie kiedyś > przedmiotem studiów seminaryjnych na wykładach prawa państwowego. To > po prostu klasyczny przykład takiej konstrukcji, którą się tworzy po to, by > powstał parlament niezdolny do pracy. > > A jednak udało się Panu wtedy stworzyć rząd. > - Tak, ale od samego początku był to rząd, który musiał konstruować > większość do każdego kolejnego głosowania. Trwałego wsparcia politycznego > w tym Sejmie właściwie nie można było uzyskać. > > Jaki stan państwa Pan zastał, kiedy zasiadł Pan w gabinecie premiera? > - O, to jest osobna sprawa. W kluczowym punkcie, jakim jest stan finansów > publicznych, resort finansów nie potrafił mi, jako premierowi, przedstawić > informacji, jaki mamy deficyt w wykonaniu budżetu za 1991 r. Mogli podać > tylko szacunkowe dane. Rachunek wyglądał tak: deficyt wynosi na pewno nie > mniej niż 30 bilionów, i nie powinien być większy jak 60 bilionów. To sięgało > ok. jednej czwartej całego budżetu. > W spadku po rządzie Bieleckiego dostaliśmy również prowizorium budżetowe > przygotowane przez Balcerowicza. Było ono tak oszczędne, że gdybyśmy je > ściśle stosowali, to trzeba by np. zamknąć sądy. Wystarczało w nim pieniędzy > tylko na płace i na nic więcej. Jak widać - przygotowanie nowego budżetu w > tych warunkach graniczyło z cudem. I to się udało! Prace nad budżetem > pochłonęły jednak rządowi masę czasu, którego zabrakło na dokonanie już > na wstępie posunięć zmieniających generalnie sytuację polityczną. Właściwie > rząd mógł podejmować tylko pewne decyzje negatywne, takie jak m.in. > zawieszenie wszystkich transakcji prywatyzacyjnych. Natomiast przejście do > polityki, która stymulowałaby rozwój gospodarki, wymagało więcej czasu. > Jednak od początku 1992 r. rósł wyraźnie PKB. > > Tuż przed objęciem przez Pana stanowiska premiera został podpisany układ > stowarzyszeniowy z UE. Jaka była jego rola w ponownym zduszeniu > gospodarki? > - Układ stowarzyszeniowy został podpisany w grudniu 1991 r. przez > Balcerowicza i Skubiszewskiego. To była jedna z ich ostatnich czynności przed > zmianą rządu. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy był on gotowy do > podpisania. Niewykluczone, że wszystko przyspieszono, aby za wszelką cenę > podpisać, póki jeszcze nowy rząd się nie ukonstytuował. > > A więc traktat mógł być nie do końca wynegocjowany. Czy Panu jako > premierowi przedstawiono ten dokument? > - Nie, ja się o nim dowiedziałem już po podpisaniu. > > Jak ocenia Pan ten dokument z dzisiejszej perspektywy? > - Ja bym go nie podpisał. Były tam jednak postanowienia, które mogły być > przez polską stronę wykorzystane, ale nigdy nie były. Zresztą, deficyt > utrzymujący się w handlu zagranicznym przez następne lata był > spowodowany nie tylko tym, że po stowarzyszeniu rynek został otwarty na > unijne towary. Główny problem w moim przekonaniu to kurs złotówki, a więc > kwestia polityki pieniężnej. Jeżeli w pierwszym kwartale 1992 r. nastąpiło w > gospodarce ożywienie i odwróciły się proporcje w handlu zagranicznym, to z > powodu jednego posunięcia, które zrobiliśmy - ryzykownego, ale się udało - > mianowicie dewaluacji złotówki. Zrobiliśmy to od razu na początku. > > Czy Balcerowicz pełnił wówczas jakąś funkcję publiczną? > - Balcerowicz na szczęście żadnej funkcji nie pełnił. Ówczesny prezes NBP też > był nieobecny, bo już siedział w areszcie w związku z aferą ART B. W związku > z tym miałem pełną swobodę w tym zakresie. I to się udało. Sprowadzenie > wartości złotówki do rozsądnych granic uruchomiło zamrożony mechanizm > gospodarczy. W ciągu pierwszego półrocza osiągnęliśmy nadwyżkę w handlu > zagranicznym. Eksport rósł niesłychanie dynamicznie. Okazało się, że nasze > zakłady są konkurencyjne, tylko muszą mieć stworzone rozsądne warunki. > Wcześniej nadmiernie wywindowany kurs złotówki dławił eksport i napędzał > import. > > Z tego, co Pan mówi, wynika, że gdybyśmy w III RP mieli inne elity u steru > władzy, zupełnie inne byłyby też gospodarcze skutki przemian. Czy > rządzący Polską niemal nieprzerwanie postkomuniści z Unią Wolności nie > potrafili, czy nie mogli inaczej prowadzić tzw. transformacji? > - Ja sądzę, że była to przyjęta z góry koncepcja. > > Czy także w układzie międzynarodowym? > - Wykonywano sugestie z zagranicy. Swoją rolę odegrał MFW, Bank > Światowy... Mieliśmy też do czynienia z niesłychaną inwazją doradców > zagranicznych, którzy napływali do wszystkich gałęzi przemysłu, żeby nam > "pomagać". Doradzali za duże pieniądze, rezydując w hotelu Mariott, stąd > nazywano ich "brygadami Mariotta". Z polskiej strony zrobiono wtedy > dramatyczny w skutkach błąd, a mianowicie - udostępniono zagranicznym > ekspertom całą dokumentację polskiego przemysłu. Pani sobie zdaje > sprawę, co to znaczy? Zdobycie takich danych przez konkurencję - dla firmy > oznacza morderstwo. Dlatego później możliwe było doprowadzenie całego > szeregu polskich zakładów do bankructwa i przejęcia przez kapitał obcy za > bezcen. Dzisiaj "bohaterowie" i "bohaterki" tamtych afer rozdają karty w > polskim biznesie. Dotąd nie wiem, na jakiej zasadzie umorzono przeciwko > niektórym postępowania karne... > > Ostatnio politycy twierdzą, że w gospodarce drgnęło. Czy Polska ma jeszcze > szansę? > - Produkcja rośnie od roku lub dwóch, a ostatnio pojawił się wysoki, ponad > 5-procentowy wzrost PKB. Problem jednak polega na tym, że mimo wzrostu > bezrobocie nie spada. Wprawdzie na wiosnę minimalnie się obniżyło, ale jeśli > porównać to z danymi za ubiegły rok, to ten sezonowy spadek bezrobocia > jest mniejszy niż rok wcześniej, co przeczy doniesieniom o odwróceniu > tendencji. > Płace pozostają generalnie na niezmienionym poziomie, ich wzrost daje się > tylko zauważyć wśród kadry kierowniczej, co jeszcze bardziej pogłębia > rozwarstwienie. Zdecydowanie natomiast rośnie wydajność pracy, wręcz > skokowo. A zatem przy wzroście wydajności pracy płace są zablokowane! Te > płace były niskie nawet przy dotychczasowej śladowej inflacji. Teraz jednak > inflacja rośnie wskutek włączenia Polski w mechanizm Unii... > Co to oznacza? To oznacza, że przy wzroście dynamiki gospodarczej, > wzroście produkcji, wzroście dochodu narodowego, poziom życia ogromnej > większości społeczeństwa, które żyje z pracy, spada. > Kolejny element wart zastanowienia: jeżeli rośnie produkcja, rośnie dochód, > a w przedsiębiorstwach są pieniądze i nie idą one na płace, to może idą na > inwestycje? Otóż nie, inwestycje są śladowe! Wprawdzie GUS sygnalizował w > ostatnich miesiącach pewien wzrost, ale po bliższej analizie okazało się, że w > wielkich zakładach inwestycje w zasadzie nie wzrosły, zaś w średnich i małych > wzrost tłumaczy się tym, że przed wejściem do Unii firmy dokonywały np. > zakupu samochodów, robiły zapasy w obawie przed podwyżką cen. Jak mała > firma kupuje samochód, to jest już inwestycja, tylko że tak naprawdę to > niczego nie wnosi. Jestem ciekawy, jak wskaźnik inwestycji będzie wyglądał > teraz, kiedy zakupowy boom się kończy. > Wracając jednak do naszego toku rozumowania: jeśli pieniądze uzyskane > wskutek wzrostu nie idą na inwestycje, jeśli pieniądze nie idą na płace, jeśli > pieniądze nie idą na oszczędności (bo poziom oszczędności w bankach nie > rośnie), to zachodzi pytanie - gdzie one idą? Bo przecież coś z tego wzrostu > musi być! > Otóż to oznacza tylko jedno - że te pieniądze wypływają z gospodarki! > > Sądzi Pan, że pieniądze wypracowane w Polsce wypływają za granicę? > - Firmy mają więcej pieniędzy, to widać po wyższych wpływach podatkowych. > Dochody więc rosną. A co z resztą pozostałą po zapłaceniu podatku? Co się z > tym dzieje?! > > Po akcesji, jak nas zapewniano, kierunek miał być odwrotny: kapitał miał > napływać do Polski, a nie wypływać... Może ten trend odwrócą unijne > fundusze? > - Najpierw trzeba mieć środki na rozruch interesu, bo pieniądze z unijnych > funduszy są z reguły zwracane po wykonaniu inwestycji. A więc trzeba wziąć > kredyt. Poza tym Bruksela finansuje projekty tylko do pewnej wysokości. > > O kredyt chyba najtrudniej. We dług danych rządowych, w 2003 r. tylko 15 > proc. inwestycji sfinansowane zostało przez firmy kredytem. > - To jest w warunkach polskich naturalne, bo po pierwsze, wysokość > oprocentowania kredytu jest najwyższa w Europie, a nie wiem, czy nie w całym > cywilizowanym świecie. Po drugie, dla naszego przedsiębiorcy wejście w > relacje z bankiem to jest niesłychanie ryzykowana sprawa. Nie ma tu żadnej > równowagi stron. Całe polskie ustawodawstwo tworzone jest na korzyść strony > dysponującej pieniędzmi. Uprzywilejowanie banku zostało zagwarantowane > ustawowo. Nie wiem, czy jest np. gdzieś na świecie odpowiednik naszego > "bankowego tytułu wykonawczego". Jeśli bank dojdzie do wniosku, że ma > należność, a Pani mu nie płaci, to nie musi iść po tytuł egzekucyjny do sądu, > gdzie musiałby wygrać spór, tylko sam sporządza tytuł ściągalności długu, > wysyła do sądu, żeby mu sędzia przybił pieczątkę. Odbywa się to bez > rozpatrywania sprawy, bo sąd nie ma nawet odpowiedniego trybu. Krótko > mówiąc - państwo autoryzuje decyzje bankowe! I taki tytuł natychmiast idzie > do wykonania. Dłużnik jest w tej sytuacji bezradny... Czy można się dziwić, że > ludzie boją się kredytów? Nie mają pewności, czy bank po prostu nie puści ich > z torbami. > > A zatem prawo w rękach jednej grupy. > - Można by powiedzieć, że postkomunistyczna nomenklatura realizuje układ > kapitalistyczny tak, jak został on ukazany w pracach Marksa i Lenina. > > Z tego, co Pan powiedział, wynika, że bez pozbycia się współczesnej > nomenklatury z postkomunistycznym rodowodem nie da się nic dobrego w > Polsce zrobić. > - Bez wyłonienia nowej elity we wszystkich dziedzinach, ale przede wszystkim > w dziedzinie gospodarki, rzeczywiście nic nie da się zrobić. > > Czy mamy zaczątki takiej elity gospodarczej? > - Po doświadczeniach pana Kluski trudno o tym mówić. Nie sposób sobie > wyobrazić, przez jakie kłopoty musiał ten człowiek przejść za to tylko, że > sfinansował ze swoich pieniędzy budowę sanktuarium w Łagiewnikach. > Uznano, że ma niesłuszny światopogląd i zniszczono mu firmę. > > Jak w komunizmie: niepokornych zniszczyć. > - Aparat działa w dalszym ciągu według tej samej zasady. Co więcej - ma > podobne narzędzia. Zawsze mówiłem, że nie da się zbudować państwa prawa > na pozostałych po PRL przepisach, ponieważ były one tworzone w sposób > planowo sprzeczny. Jak władza chciała mieć takie rozstrzygnięcie, to znalazła > odpowiedni przepis, jak chciała, by wynik był odwrotny, sięgała po inny. > Mówię to z doświadczenia jako obrońca w sprawach gospodarczych. Teraz też > w dziedzinie prawa mamy zupełny chaos. Nikt nad tym nie panuje. Może > sobie Pani znaleźć uzasadnienie prawne na co tylko Pani chce. > Jest jeden najpoważniejszy ogólny skutek tego piętnastolecia, skutek > najbardziej dramatyczny. Otóż z kraju, który miał największy w Europie > przyrost naturalny, staliśmy się w tym czasie krajem o przyroście ujemnym i > - jak wszystko na to wskazuje - jest to zjawisko o charakterze trwałym. Od > trzech lat ubywa nas. Prognozy demograficzne wskazują na gwałtowny > spadek dzietności w najmłodszych rocznikach. Jeżeli ten trend się utrzyma, > to niemal w ciągu jednego pokolenia ludność Polski zostanie zredukowana o > 1/4. To już jest katastrofa! Tymczasem nikt w Polsce nie przywiązuje do tego > żadnej wagi. Niech mi Pani pokaże coś na ten temat w programach partii. > Dlatego w Polsce zasiłki rodzinne wynoszą 0,7 budżetu, podczas gdy średnia > w Unii jest 2,5 razy większa. I to w sytuacji, gdy inne kraje nie mają takiego > kryzysu, na ogół ich bilans demograficzny jest zrównoważony... > W tej dziedzinie program wsparcia jest niezbędny i pilny. A tymczasem rząd > Millera zredukował czas urlopów macierzyńskich. > > A zatem na pierwszym miejscu nie reforma finansów publicznych - jak chce > Belka, lecz wsparcie polskich rodzin? > - Kwestia zbilansowania finansów publicznych to problem na rok, dwa czy > trzy, natomiast przywrócenie normalnego trendu w demografii to zadanie na > dziesięciolecie. Jeśli w ciągu pierwszych 25 lat tego wieku doprowadzimy do > społecznej zapaści, nie zdołamy już tego nadrobić. > Oto negatywny atest wystawiony transformacji ostatniego 15-lecia! Przecież > to, że ludzie doszli do wniosku, iż nie będą mieli dzieci, nie wzięło się > znikąd. Po prostu przy obecnym poziomie płac posiadanie dziecka oznacza > najczęściej popadnięcie w biedę. Jeżeli się zatem chce poprawić przyrost > naturalny, trzeba wprowadzić cały system wsparcia normalnego rozwoju > rodziny. > > Co oznacza w tej sytuacji poparcie rządu Belki? > - To jest oczywiście rząd na ostatni rok, bo ja twierdzę, że będzie rządził nie > trzy miesiące, ale do przyszłej jesieni. > Jakie tkwią w tym niebezpieczeństwa? Jedno ze swoich zadań Belka już > wykonał: podpisał traktat konstytucyjny. Drugie zadanie to prywatyzacja > reszty majątku. Do sprzedaży jest PKO BP, PKP Cargo. Nie wiem, czy Pani > zwróciła uwagę, jak nagle ucichła wrzawa wokół deficytu w kopalniach węgla. > Wie Pani dlaczego? Bo wydobycie stało się opłacalne. Za chwilę zacznie się > mówić o konieczności prywatyzacji. > I wreszcie trzecie zadanie Belki - to rozstawienie partyjnych kadr tak, żeby > swoi przetrwali te kilka najbliższych lat. > > Co można zrobić, aby ratować przed nimi Polskę? > - Nawet najbardziej aktywny polityk działający według najlepszych > standardów, znakomicie przygotowany i utalentowany nic nie zrobi, jeżeli nie > działa w ramach pewnego społecznego trendu. W polityce jest tak, że w > okresie stabilizacji możliwości wykonania ruchu są bardzo ograniczone. > Jednak nasz system ma tę szczególną cechę, że jest nie tylko fatalny, ale i > niestabilny. Za chwilę będziemy tu mieli kryzys, choć ten czas trudno określić > dokładnie. Narastają wszystkie jego elementy. Ogromna ilość młodych ludzi, > bez żadnych życiowych perspektyw to jest społeczny dynamit. Do tego > dochodzą horrendalne różnice poziomu życia elit i reszty społeczeństwa. To > tworzy atmosferę, w której kryzys zaczyna być nieunikniony. I dopiero wtedy > powstaje możliwość dokonania jakościowej zmiany. Tylko musimy być na to > gotowi. Ta część obecnych elit, która zachowała poczucie społecznej służby, > musi znaleźć jakąś formułę konsolidacji i przygotować program. > > Są już przyczółki w parlamencie... > - Partie można szybko tworzyć i zmieniać. Ważniejsze są przyczółki w > środkach masowego przekazu, to, że działa telewizja TRWAM, Radio Maryja, > powstają inicjatywy wydawnicze. One właśnie stanowią zaczątek i bazę dla > stworzenia nowej jakości w życiu publicznym. Na rzetelnej informacji można > budować prawdziwą siłę, gdy ludzie są uprzedzeni wcześniej, że np. szykuje > się wyprzedaż kolejnego sektora gospodarki, staje się to problemem > ogólnopolskim. Wokół takich spraw należy koncentrować uwagę, żeby nie > dopuścić do gospodarczego szkodnictwa. Oto przykład o mniejszej skali, ale > bardzo aktualny: Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, które chce przejąć > Agora - spółka wydająca "Gazetę Wyborczą". Przecież to powinno być > przedsiębiorstwo użyteczności publicznej! Ono obsługuje państwowy system > szkolny. Jakie są przesłanki, żeby je prywatyzować?! Zwłaszcza że to > Wydawnictwo jest dochodowe i dobrze prowadzone. > > Czy sądzi Pan, że polskie społeczeństwo będzie w stanie po raz kolejny się > poderwać? > - Ono będzie po prostu musiało. Co mają zrobić ci młodzi ludzie bez > perspektywy pracy, mieszkania, założenia rodziny? > > Rząd mówi: wyjechać! I wyjeżdżają. Ostatnio np. do Anglii. > - Wyjeżdżają, ale za moment z tej Anglii będą wracali. > > Już wracają. > - Dlatego musi nastąpić zmiana. Chodzi o to, żeby się do niej przygotować. > > Dziękuję za rozmowę. > Małgorzata Goss
