http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040922&id=my11.txt

Upadek mitu Zachodu
        
        
Na półkach sklepowych w Berlinie dominuje tandeta i bezguście - oferta dla tzw. masowego 
odbiorcy, który ma chudy portfel i niewielkie wymagania Fot. S. Krajski


Przez dziesiątki lat Berlin był jednym z najbogatszych (jeżeli nie najbogatszym) miast Europy, miastem wolności i dobrobytu, wielu małych i średnich przedsiębiorstw, uśmiechniętych ludzi. Kiedy w latach 60. Berlin odwiedził prezydent USA John Kennedy, powiedział: "Każdy wolny człowiek na świecie jest berlińczykiem. Ja jestem berlińczykiem". Dziś Berlin podupadł, zbiedniał, stał się miejscem, w którym, jak w całej Europie, koncerny wyparły inicjatywę prywatną, a supermarkety doprowadziły do upadku większość średnich i małych placówek handlowych. Niedawno po raz szósty odwiedziłem Berlin Zachodni. Pierwszy raz byłem tam przejazdem jako student ponad dwadzieścia lat temu. Po 1989 r. odwiedzałem miasto co kilka lat, obserwując z przerażeniem, jak upada i ubożeje. Jeszcze kilka lat temu Berlin był zadbany, czysty. Każdy wolny trawnik, pas zieleni między jezdniami, obsadzone były kwiatami. Tysiące sklepów i sklepików kipiało od towaru. Mówiło się, że to najlepiej zaopatrzone miasto w Europie, do którego wielu przyjeżdżało na zakupy.

Tandeta i bezguście
Spędziłem z rodziną w Berlinie prawie tydzień. Gościli nas miejscowi Polacy. Codziennie 
samochodem wozili nas po wszystkich dzielnicach i pokazywali różne oblicza Berlina.
To już nie jest to samo miasto. Brudne i zaniedbane, wieje z niego beznadzieją. Biedniejsze dzielnice, takie jak Kreuzberg, to dosłownie slumsy. Na każdym kroku widać zubożenie. Bezdomnych jest o wiele więcej niż w Warszawie. Spotkać ich 
można prawie wszędzie, żyje się im coraz gorzej. Zamknięto przed nimi nawet przydomowe śmietniki, umieszczając je w wielkich stalowych klatkach, ale zdesperowani biedacy często się do nich włamują. Różnią 
się od polskich bezdomnych chyba tylko tym, że mają własne czasopismo, które starają się sprzedawać na dworcach i ulicach - chcą w ten sposób przypominać i informować o sobie.
Kilka lat temu obserwowałem, jak w Berlinie upadają małe i średnie sklepy. Trzy lata temu moja żona robiła pokaźne zakupy w domach towarowych. Dziś te domy plajtują. Wiele z nich ma na wyższych piętrach powybijane okna, a 
na parterze wyprzedawane są za bezcen resztki towarów. Wszędzie mnożą się super- i hipermarkety oferujące mydło i powidło, buty, ciuchy i telewizory, naczynia kuchenne, rowery, a nawet książki. Można 
odnieść wrażenie, że w Berlinie nawet księgarnie splajtowały. W czasie swojej intensywnej i wszędobylskiej wędrówki po mieście nie widzieliśmy ani jednej.
We wszystkich centrach handlowych (których jest w Berlinie kilkanaście) królują oddziały światowych koncernów, sprzedające dosłownie ten sam, zresztą w bardzo małym wyborze, 
i najczęściej lichy towar. Nawet nowe centrum miasta, które ma z założenia przyćmić nowojorski Manhattan (naśladuje go do złudzenia; pobudowano tam nawet dwa olbrzymie drapacze chmur 
- taki berliński World Trade Center), opanowane jest przez hipermarket "Arcady", oferujący dosłownie to samo, co jego oddziały na peryferiach.
Po pierwszym wrażeniu związanym z natłokiem wyłożonych wszędzie towarów i przejściu się wzdłuż półek dochodzimy do wniosku, że wybór jest mniejszy niż w Polsce i że dominuje tandeta i bezguście - oferta dla tzw. masowego odbiorcy, 
który ma chudy portfel i niewielkie wymagania. Żona, która przygotowała się na większe zakupy, już po pierwszych kilku dniach stwierdziła, że niczego nie kupi. Z nostalgią zaczęła też wspominać pasaż handlowy przy reprezentacyjnej ulicy 
Białegostoku - Lipowej, który odwiedziła podczas naszych wakacyjnych wędrówek w lipcu bieżącego roku i zaopatrzyła się w wiele potrzebnych ubrań i kobiecych szmatek.
Sklepy w Berlinie są z reguły puste. Tłum kłębi się tylko w działach spożywczych i na wyprzedażach, gdzie towar jest bardzo tani, ale najgorszej jakości. Elegancka 
warszawianka, których przecież nie brakuje, miałaby dziś poważne kłopoty z zaopatrzeniem się w Berlinie, chyba żeby wygrała w totolotka. Jej potrzeby mogłyby tu bowiem 
zaspokoić tylko butiki przeznaczone dla najbogatszych, gdzie za byle szmatkę trzeba płacić setki lub nawet tysiące euro.
Dziś Berlin to miasto ludzi, którzy z konieczności muszą oszczędzać na wszystkim. Najbogatsi, których pałace (dosłownie pałace) skupiają 
się wokół jezior, stanowią tak niewielką liczbę, że sklepom nie opłaca się adresować do nich swojej oferty.

Bezrobotnym trudniej
Ile zarabia przeciętny berlińczyk - pracownik najemny? Dochody wahają się pomiędzy 700 a 1300 euro miesięcznie. Coraz więcej jest tych, którzy zarabiają poniżej 1000 euro. Obciążenia typu naszego ZUS-u stały się w pewnym momencie tak wielkie, że wiele (jeżeli nie większość) firm (w tym również 
ponadnarodowe koncerny) zrezygnowało z etatowych pracowników. Jak grzyby po deszczu rozmnożyły się firmy nazywane tu "handlarzami niewolników", które podpisują z ludźmi umowy o stałą pracę na poziomie 800 euro miesięcznie (i poniżej), a więc na poziomie progu, od którego nie płaci się podatku dochodowego, a 
następnie wynajmują tych ludzi do pracy innym firmom. Z reguły jest to praca na kilka tygodni czy dni, rzadziej na kilka miesięcy czy lat. Firmy, które korzystają z ich pracy, starają się to robić jak najrzadziej, tylko w niektóre dni robocze. W efekcie ludzie ci pracują mniej niż 20 dni w miesiącu i otrzymują mniejsze pensje, niż to wynika 
z umowy o pracę. Mogą oczywiście dochodz
ić swoich racji na drodze sądowej, domagając się pełnej pensji, ale tylko nieliczni to robią. Nikt nie chce utracić pracy. Poza tym sądy niechętnie i bardzo rzadko rozstrzygają takie spory na korzyść pracownika. Zdarza się, że tacy pracownicy są posyłani na kilka dni do pracy daleko poza Berlin, by w następnym tygodniu otrzymać pracę z drugiej strony miasta. Za kosztowne dojazdy muszą płacić sami. Odrzucenie oferty oznacza rezygnację z pracy, a co za tym idzie - pozbawienie zasiłku dla bezrobotnych (otrzymują go tylko ci, których zwolnił pracodawca).
Niemieccy bezrobotni otrzymywali do niedawna bardzo dobre zasiłki (mówi się w Berlinie, że lepiej być bezrobotnym niż zatrudnionym). W pierwszym roku bezrobocia dostawali od 65 do 75 proc. ostatniej pensji, a w każdym następnym roku o 5 proc. mniej, aż do osiągnięcia progu zasiłku socjalnego, który wynosi około 400 euro. Ci, którzy dobrze zarabiali i utracili pracę, mogli więc otrzymywać zasiłek dla bezrobotnych przez wiele lat. Teraz jednak to się zmieniło. Od 1 stycznia 2005 r. na zasiłku dla bezrobotnych będzie można być tylko przez rok. Potem wchodzi zasiłek socjalny. Otrzymać go może tylko ten, kto już nic nie posiada. Jeżeli bezrobotny po utracie zasiłku posiada jakiś majątek (mieszkanie, samochód czy np. wartościowy obraz), musi go sprzedać i za te pieniądze żyć bez pomocy państwa tak długo, jak długo wystarczy mu na utrzymanie się na poziomie minimum socjalnego. Gdy nie posiada już nic, może zwrócić się o pomoc do państwa i otrzyma zasiłek w wysokości ok. 400 euro
miesięcznie (plus stałe opłaty - za czynsz, prąd itp.).
Nikt nie utrzyma się w Niemczech, a tym bardziej w Berlinie za 400 euro. Kto jest więc na zasiłku, otrzymuje pomoc od państwa. Państwo płaci czynsz (ale tylko po obejrzeniu mieszkania przez urzędników i uznaniu, że nie jest ono ekstrawagancją; jeżeli mieszkanie jest za dobre czy ma atrakcyjne położenie lub jest za 
drogie, urzędnicy żądają przeniesienia do mieszkania mniejszego, wskazanego przez nich). Państwo pokrywa też opłaty za prąd i telefon (ale tylko w ramach tzw. pakietów socjalnych), kupuje dwa razy do roku ubrania i bieliznę, dostarcza używanych sprzętów potrzebnych w domu (mebli, lodówki, telewizora itp.). 
Wszystkie te pieniądze skrupulatnie są liczone i gdy ktoś znajdzie pracę, musi je zwrócić. Jeżeli więc był na zasiłku np. 5 czy 10 lat, do końca życia potrącają mu z pensji, zabierając znaczną jej część (aż do najniższego poziomu socjalnego). Wielu ludzi stwierdza 
zatem w pewnym momencie, że nie warto iść do pracy, i przebywa na zasiłku do emerytury.

Drogo
Jakie są koszty życia w Berlinie? Czynsz: 400-700 euro; prąd i gaz: około 60 euro; telefon: średnio około 100 euro; przejazdy: przy 
wykupieniu rocznego biletu na środki komunikacji miejskiej, najtaniej: 80 euro miesięcznie; jeden bilet ważny dwie godziny 2 euro, a więc do pracy 
i z powrotem 4 euro; czyli 80 euro miesięcznie (ale tylko do pracy i z powrotem); bilet całodzienny (nie całodobowy): 5.70 euro, a więc przez 
tylko 20 dni - 114 euro.
Bardzo droga jest żywność. Chleb od 0.80 do 5 euro kg (ten za 0.80 to najgorsze "puchate" pieczywo w supermarkecie; normalny chleb w piekarni można kupić za 
4.50-5 euro). Cena warzyw jest mniej więcej taka, jak w Polsce, tylko nie w złotówkach, ale w euro: 1 kg pomidorów 2 euro; pęczek marchewki 1.50 euro, owoce: 2 do 6 euro za 
kilogram. Kartofle 1-2 euro kg. Masło 1.50 euro kostka; parówki od 2.5 do 7 euro kg; schab 4-8 euro kg; szynka 8-12 euro; wołowe: z kością 8 euro kg; bez kości: 18-24 
euro kg; ryby 15-30 euro kg, olej około 1 euro butelka, cukier 1 euro kg; mąka - 0.7 euro kg.
Rozpiętość cen za każdy artykuł jest znaczna. Najtańsze są produkty najgorszej jakości i świeżości. 
Najdroższe - produkty, których jakość jest najwyższa, ale nigdy taka jak w Polsce.
Artykuły przemysłowe kosztują mniej więcej tyle, co w Polsce. Elektronika jest nawet tańsza. Poza elektroniką (ubrania, buty, naczynia, meble itp.) wszystko, co ma takie 
ceny jak w Polsce, jest tandetą i bublem. Ładniejsze, lepsze rzeczy są o wiele droższe niż u nas. Tak więc np. za sukienkę, którą żona 
zakłada do pracy, w Polsce musi zapłacić 200 zł, w Berlinie co najmniej 220-300 euro.
Jak się więc żyje berlińczykom? Bardzo kiepsko. Żeby utrzymać jaki taki poziom (wyższy niż w Polsce), muszą jeść byle co i ubierać się w byle co (dlatego 
wyglądają przy Polakach jak łachmyci; szczególnie kobiety, które ubierają się na ulicę i do pracy tak, jak Polki do cięższych zajęć domowych). Dzięki temu mają 
pieniądze na samochody, telewizory, komputery itd.
Jednak i tak coraz trudniej przeciętnemu berlińczykowi związać koniec z końcem. Oszczędzają zatem aż do bólu. Restauracje i kawiarnie są puste, a jeszcze trzy lata temu były pełne. Nawet w centrum Berlina pojawiły się sklepy z używaną odzieżą (tzw. second hand). Te 
szmaty, które przez tyle lat wysyłali do Polski, i to często za dopłatą, teraz sami kupują. Mnożą się też sklepy z używaną elektroniką i sprzętem domowym. Kiedyś w Berlinie używane pralki, lodówki itp. wystawiano na ulice i zabierali je Polacy. Teraz berlińczycy 
często kupują nawet zardzewiałe z wierzchu lodówki (sam widziałem, jak młode małżeństwo tachało taką lodówkę ze sklepu do samochodu).
Dziesiątki tysięcy berlińczyków dochodzi do wniosku, że nie stać ich na przejazd do pracy ani środkami komunikacji miejskiej, ani samochodem. 
Kupują więc rowery albo skutery i jeżdżą codziennie, latem i zimą nawet po 40 km (tam i z powrotem). Ulice, chodniki są pełne rowerów. 
Stoją setkami pod wszystkimi zakładami pracy, biurami, sklepami itd.
Ci, którzy myślą dotąd mitem bogatego Zachodu, być może mi nie uwierzą. Moja rodzina, która ten mit dawno odrzuciła, była po pobycie w Berlinie w szoku. Dzieci, na których ten cały zewnętrzny blichtr powinien robić 
wrażenie, stwierdziły krótko: "Ale nędza". Popijając kawę (dzieci jadły lody) w pustych kawiarnianych ogródkach i patrząc na zgrzebnie ubrane Niemki, uginające się pod ciężarem siat z kupioną okazyjnie 
cebulą, czuliśmy się prawie tak samo, jak czuli się obywatele RFN odwiedzający Polskę za czasów PRL-u.
W Berlinie dominuje smutek i beznadzieja. Tak jest zawsze, gdy pogarszają się drastycznie materialne warunki życia i wszystko wskazuje na to, że tak będzie dalej, że każdy następny rok będzie tylko gorszy. Niemcy są smutni, bo nie mają 
alternatywy. Nie mają rodzin, dzieci. Odrzucili chrześcijaństwo (właśnie splajtowała diecezja berlińska i wyprzedaje kościoły) i zasady moralne. Po mieście oblepionym reklamami prezerwatyw i kolejnych sabatów czarownic w stylu Harry'ego 
Pottera (na które berlińczycy udają się tłumnie całymi rodzinami) jeżdżą samochody z podobizną ryby rozrywanej przez orła i napisem "Odyn statt Jezus" ("Odyn zamiast Jezusa").
Cóż dało to nowe pogaństwo Niemcom? Co dał im kult złotego cielca? Co dał im relatywizm poznawczy i moralny? 
Czy naprawdę Polacy chcą ich naśladować?
Stanisław Krajski



Odpowiedź listem elektroniczym