Pan Boguslaw Jackowski wielce zaintrygowan napisał:

[... tu były moje wyjaśnienia -- Adobe PDF for beginners ...]
> Czy chodzi o tzw. ,,podkładane ogonki''? (Adobe Standard Encoding
> właściwie nie zawiera diakrytyków; aż dziw, że znalazły się tam polskie
> litery Lslash i lslash.) Widziałem już dokumenty z ,,podkładanymi
> ogonkami'' -- gdzie te ,,ogonki'' nie fruwały... ho, ho! Problem w tym,
> że owe standardowe fonty adobe'owskie nie są w praktyce tak standardowe
> jak być powinny: a tu metryczka trochę jakby inna, a tu kształcik
> nie całkiem taki sam, a tu jeszcze coś innego.

Tak, w skrócie o to chodzi. Obecność "Ł" i "ł" wcale mnie nie dziwi.
Obecność ogonka `w czystej formie', czyli luzem -- też. To, że ten ogonek
lata po całym bounding box, jak u cielęcia na pastwisku, to już zupełnie
inna sprawa. Tłumaczyć to można różnie, twórcy w Adobe zapewne nie wiedzieli
o co z tym ogonkiem chodzi, bo nikt im tego nie wyjaśniał. Trudno, tak
się stało, że przedstawiciele Obojga Narodów wspierani przez dzielnych
Indian nie pojawili się w odpowiednim czasie w progach firmowej Lepianki.
W oparciu o metrykalne dane można wygenerować wszystkie diakrytyki jako
`Composites' -- tak sobie to w Adobe wymyślili. Robi to na przykład
techowy fontinst albo różne afm2tfm. Z ogonkami tak gładko nie idzie,
z uwagi na różne asymetrie generowanie tego kompozytu jest utrudnione.
Kiedyś zastanawiałem się czy wogóle możliwe w sposób automatyczny. Wychodzi
na to, że tak. To znaczy nie do końca w teorii, ale w praktyce można
w metrykach przemycić wszystkie informacje potrzebne do skomponowania
ogoniastych literek występujących w realnym świecie. Gdyby Adobe przyjął
pewien standard opisywania ogonka, a inni projektanci by się go trzymali,
to by można było nauczyć fontinsta całkiem automatycznej roboty. Jak
ktoś jest zainteresowany szczegółami -- mogę coś więcej napisać.

Co do trzymania standardu, to chyba nie jest tak źle. Wydaje mi się,
że w każdym urządzeniu (wliczając w to Acrobat Reader) firmowanym przez
Adobe fonty były zawsze takie same. Może się mylę, może jakieś różnice
są ale z pewnością niezauważalne gołym okiem. Wszelkie klony adobowych
fontów mają już te ogonki URWane w sposób artystycznie dowolny. Kiedyś
zrobiłem korekty dla użytkowników GS (http://lasek.waw.pl/ogonki).

>> Jeśli ktoś chce, to niechaj sobie zanurza w swojego pedeefa dowolne fonty
>> i je później stosuje w treści.
>
> Tak. Jest to jedynie słuszna (czyt.: _naprawdę bezpieczna_) droga.
> Chyba że nie używamy znaków diakrytycznych -- wówczas szansa na wpadkę
> jest mniejsza (ale nadal niezerowa).

To jest jedynie^Wnajbardziej słuszna droga przy drukowaniu tekstów.
QuasiTimesy czy inne tego typu produkcje są tu jak najbardziej polecane.
Przy generowaniu elektronicznych wersji tekstów, warto się zastanowić.

>> Niechaj tylko ma przy tym świadomość, że
>> zwiększa to objętość pliku (co czasem ma znaczenie)
>
> Bardzo rzadko fonty w istotny sposób wpływają na objętość pliku (byle grafika
> zajmuje tyle miejsca, co kilka fontów), tym bardziej, zarówno Ghostscript
> jak i Acrobat Distiller (w odróżnieniu od dvipsa) niezawodnie wykonują
> częściowe ładowanie fontów.

To w przybliżeniu prawda. To znaczy z tym, że ,,rzadko'', to prawda
całkowita. Ale jeśli ktoś tworzy pedeefy o objętości jednej czy kilku
stron (jakaś dokumentacja dostępna drogą elektroniczną), to ta objętość
różni się czasem o więcej niż 100%. Moim zdaniem w tych przypadkach warto
o to zadbać, choćby chodziło o pliki wielkości kilku kB.

>> i nie wini za swoje partactwo akrobatowej przeglądarki.
> ??
>> Jeśli program robi takie rzeczy, to nie dziwmy się konsekwencjom.
>
> Jakie rzeczy? Jakie konsekwencje?

Miałem na myśli te, o których pisał p.Jacek. Zacytuję jeszcze raz, w całości:

: Problem nie tkwi w htmldoc, ale w Acrobat Reader. Fonty w dokumencie *.pdf
: wygenerowanym przez htmldoc nie są ,,zanurzone'' i są wczytywane z
: przeglądarki akrobatowej. W wersji angielskiej Readera nie zawierają one
: polskich liter. O ile wiem, jest Adobe Acrobat w wersji CE (komercyjny!),
: wyposażony w fonty zawierające polskie znaki diakrytyczne (ich jako/s/c --
: to osobna sprawa).

No, właśnie to nazwałem partactwem. Nie widziałem na oczy htmldoc, ale
z tego co zrozumiałem, zakłada on użycie fontów o nazwach tożsamych z tymi,
które AR ma wbudowane, ale encoding to bezprawnie stosuje swój własny.
Jak już taki mądry, to niech sobie zanurzy co potrzeba i po kłopocie. Albo
niech się bambus jeden języków uczy[1]. Do dupy[2] z takimi programami.

> Pozdrawiam zaintrygowan -- Jacko

Pozdrawiam -- Jarek

[1] Cytuję klasykę.
[2] Nie jestem członkiem GUSTu.

Odpowiedź listem elektroniczym