wyjezdzajac na zlot troche sie obawialem tegorocznych czarnorzek. z
lakonicznych informacji na zaproszeniach oraz na stronie www wnioskowalem,
ze w tym roku, obok extremu majchrzaka dla tych najbardziej
"twardzielowatych", dla zwyklych uczestnikow trase turystyczna marek
przygotowal "po asfaltach" - taka, jak w ubieglym roku dla "plackow".
mysle: nie bedzie zabawy. byla i to niezla. ale nie uprzedzajmy faktow ;)
z pewna taka niesmialoscia...
w piatek po pracy, z balastami: kravietzem oraz darkiem, wrzucilismy do
patrola namiot, spiwory, kielbache plus kilka puszek piwa i ruszylismy.
wieczorem na polu namiotowym oczywiscie fura znajomych, wiekszosc dawno nie
widzianych, bo z drugiego konca polski (falcek, pacanie ;)) szkoda, ze cie
nie bylo), ognisko, kielbaska, piwko, karkoweczka, wieczorne polakow
rozmowy do drugiej, trzeciej w nocy. co bardziej niewyzyci krecili koleczka
po placu - tak krecili, ze rano "sloiki", ktore nieopatrznie wjechaly na
pole namiotowe musialy sie wspomagac napedem pchanym - samochod osobowy nie
mial szans ruszyc z miejsca, zwlaszcza, ze nocy troche padalo.
jeszcze wieczorem zaliczylem pierwsze straty - przy wyjezdzie z pola
namiotowego w dosc waska bramke wjechalem za duzym katem i w okolicy
rozlegl sie wystrzal - opona rozdarla sie na tyle wystarczajaco (na
wystajacym ze slupka parucentymetrowym zadziorze), zeby rankiem w krosnie
nikt sie nie podjal wulkanizacji. trudno, pojedziemy na trzech emtekach i
jednym slicku z rezerwy.
mile rozczarowanie.
rano odprawa, ustawiamy sie do wyjazdu. na wszelki wypadek lokuje sie w
okolicach zielonego - gdyby "cos nie daj boze", robert obiecal wspomoc mnie
swoim zapasem. w tym miejscu wielkie dzieki mu za to.
ustawiamy sie w grupie z dwoma dzepami czirokezami, rendzem przemka kusia i
w trase. po krotkim odcinku szutrowym przez las wyjezdzamy na asflat. no,
pieknie, tego sie obawialem.
moje niepokoje rozwiewaja sie dosc szybko - po kilku doslownie minutach od
wyjazdu z bazy nie widzimy asfaltu juz do konca dnia - co wiecej, wcale
latwo nie bylo. po deszczu trasa zrobila sie trudna - zaczyna sie prawdziwa
zabawa. poczatkowo wszystko idzie sprawnie, chwilowe przestoje w
oczekiwaniu na wklejonych kolegow. adrian z czerwonego szerokiego na
atekach, poczatkowo jadacy rzeklbym bardzo zachowawczo ;))) wspomagany
przez dzielnego patrola zielonego, po kilku uwagach co do stylu jazdy
(buuuut!!! ogieeen!!! faaajaaa!!!) wczuwa sie w koncu w klimat i w
miejscach trudnych zaczyna uzywac pedalu przyspieszenia zgodnie z
przeznaczeniem - wreszcie dzep zamiast stac zaczyna jechac. na koncu
jednego z blotnistych zjazdow tworzy sie maly korek - trzeba zrobic nawrot
pod duzym katem. jak stanalem za kolegami tak stoje i juz sie nie moge
ruszyc. z pomoca oczywisce przychodzi nieoceniony zielony :)
przekraczamy strumien, kilka niewielkich wzniesien, bloto oraz duze
kamienie - widze, ze adrian w jeepie idzie na obrotach, wiec odczekuje
troche zeby miec miejsce, but do spodu i... dostaje brawa od zebranych w
lesie kibicow za efektywnosc przejazdu :)) trasa rozczarowuje coraz
bardziej, oczywiscie w sensie jak najbardziej pozytywnym. marek sie
naprawde postaral.
pech i straty musza byc.
przy kolejnym przekraczaniu strumienia nasza grupa ma przestoj - zgasl i
nie chce zapalic drugi czirok. puszczamy reszte przodem. na szczescie
okazuje sie, ze to tylko bezpiecznik. za chwile pech dopada kolejnego
cziroka - podczas przejazdu przez kamieniste dno strumienia zalodze z
krakowskiego asc schodzi z felgi opona. jak sie wkrotce okaze - to jeszcze
nie koniec strat.
wyjazd ze strumienia na polane w okolicach wyciagu po stromej skarpie nie
nastrecza wiekszych trudnosci nawet dlugiemu honkerowi czy niskiej niwie -
w poprzednim roku skarpa byla bardziej ostra i pomimo, ze bylo sucho wiele
zalog mialo problemy z jej pokonaniem (nb w obie strony).
przecinamy jakies laki, znowu jestemy w lesie - tworzy sie kolejka w
oczekiwaniu na stromy blotnisty podjazd. slychac jak ktos z przodu ostro
kilkukrotnie katuje land rovera, andrzej g. popyca swoim oryginalnym
volvem, daje sygnal klaksonem, wolne. zapalam dwa, ogien, zakret pod katem
prostym, stromo jak cholera, koleina, wynosi mnie z niej na lewo, drzewo
pol metra przed maska, stop, wycof dwa metry. no pieknie, stad nie ruszymy,
blota po pachy i w dodatku ostro pod gore. ryzyk-fizyk, wrzucam dwa, gaz w
podloge, strzal ze sprzegla, dizelek wyje - auto idzie!!! wyszlo. kibice
nie wierzyli.
dlugi zjazd i znowu kolejka. tym razem dluuuga. po godzinie oczekiwania
zapadamy nawet w krotka drzemke w samochodzie. w koncu troche ruszylo, ale
po kilkuset metrach znowu stoimy. wiec na piechotke do przodu - okazuje
sie, ze jest niezly odcinek glebokiego gluta, przecietego polmetrowej
grubosci plastikowa rura, ktora zatrzymala jakiegos uaza. od godziny mecza
sie z nim, potem kolej na gazika, tez wkleja, wychodzi wyszarpany, wkleja
kolejny, potem kolejny i jeszcze jeden... zalodze z chyba najbardziej
wklejonego uajdzeja nie chce sie ruszyc - czekaja na zbawienie. w koncu
winczuje ich dlugi hilux. pieknie przechodzi bokiem ryzykujac spadniecie ze
skarpy do ponizszego potoku malutki willys. czesc aut odpuszcza, jedzie
objazdem, po polu obok popieprza quadem jakis cymbal (zreszta w niedziele
obok toru zachowywal sie podobnie debilnie wjezdzajac nawet w kogos),
oczywiscie robi sie dym, bo quad upala pod okiem wlasciciela laki. nad
biedzacymi sie autami zbiera sie dosc duza grupa kibicow - wsrod nich okazy
niezwykle: umalowana kobietka na koturnach, jeszcze inna z paznokciami na
5cm z wygladem jakby wyszla z dyskoteki (nie z land rovera!), no jaja.
czekam grzecznie na swoja kolejke, adrenalina wzrasta do poziomu, przy
ktorym zaczyna zmieniac sie w "fantazje ulanska"; w srodowisku, o ile sie
nie myle, mowimy na to amok opetanczy ;))) - patrol jest za ciezki,
tas-tasiem wkleje na drugim metrze, wiec pojde pelna pyta. tlumacz se,
tlumacz ;)) dwa, trzy, rozped, ogien, wpadam "z impetem wglab", plastikowa
rura podbija mi przod, huk, mlask, wglucony. sprawdzam czy mam napedy -
kola sie kreca, jest dobrze. hilift, deseczka, robotki reczne, lopata,
galezie. podnosze patrola, robie strzal ze sprzegla i zeskok z hilifta. w
efekcie jestem prawie w tym samym miejscu. druga proba zeskoku uswiadamia
mi brak przedniego napedu :((( mowilem, ze to nie koniec strat...
w miedzyczasie marek widzac co sie swieci organizuje stara, wiec
odpuszczamy kolejne proby i zrezygnowany daje sie zapiac do wygiagarki. po
mnie kolejno jeszcze kilka aut z niej korzysta. do konca trasy mamy podobno
jeszcze jedna trzecia, ale z pozostalych aut marek tworzy kolumne i kieruje
ja na asfalt i do bazy - dosc na dzisiaj. mnie i tak nie ominelaby
przyjemnosc powrotu - zastanawiam sie czy to satelity czy polos.
robotki reczne.
w bazie rozbieram piaste - jednak polos.
polosie (obie) na szczescie mam ze soba - w czwartek odebralem je z
"przechowalni" u raffikow i juz tak zostaly w aucie. wieczorem przechodze
szybki kurs wymiany polosi w warunkach polowych (chwile sam-na-sam z piasta
uaza nie poszly na marne). krotki sprawdzian na polu namiotowym - dziala :)))
po godzinie babrania sie z zabloconymi czesciami, z przerwa na nagla lejbe
z nieba, juz wyluzowany oddaje sie wraz hormonem, chermolem, zielonym,
kravietzem, fryczem i innymi blogiemu obowiazkowi zakonczenia dnia
wspomozeniem polskiego przemyslu browarskiego. jak wszyscy zreszta. o
pierwszej w nocy idziemy spac.
upalacze i traktor.
na sniadanie zimna bulka hamburgera z ledwo cieplym kotletem, idziemy na
tor poogladac jak chlopaki upalaja. pierwsza czesc to kolka przodem i tylem
urozmaicone najazdem na lawete (rowniez przodem i tylem); jest troche
zabawy jak kilku zawodnikow nie trafia - tych ze zwisu ratuje zolty star z
dzwigiem. druga czesc to ten co zwykle tor; na starcie, ktory jest
jednoczesnie meta, gora kamieni, dlugi row z woda, jeszcze jeden mniejszy,
genaralnie sciganie. jeden z zawodnikow myli kierunek i jedzie trase pod
prad. najwieksze emocje wzbudza oczywiscie przejazd przez kamienie oraz
rowy - tu miedzy innymi nabiera wody do silnika rendzyk. przemek odkreca
swiece, kreci rozrusznikiem - wyplulo fontanne, rendzyk z placu wyjezdza o
wlasnych silach. na kamieniach jakas suzuka meczy sie dobre kilka minut, w
koncu przeciaga ja traktor. kilka innych aut rowniez grzeznie w rowie -
traktor nie proznuje. z pokatnych informacji dowiaduje sie, ze tor
najszybciej przejezdza zielony (2:02), ale strat z pierwszego odcinka juz
sie nie da chyba odrobic. bardzo ladnie, lecz zachowawczo jedzie jarek
parylak na suzuce - stwierdzamy, ze oszczedza auto na "za tydzien" ;)) o
zawodnikach z rempstwo nie wspomne - ich przejazdy mowily same za siebie,
choc niektorzy mieli problemy na lawecie z powodu siatek na szybach
bocznych i braku widocznosci do tylu. czekamy jeszcze na przejazd piotra
kowala, ktory jedzie esiokiem jako ostatni - nie najszybciej co prawda, bo
"esiok to wydumka przeprawowa" jak to okresla komentujacy rajd "dyrektor"
grzenio, ale bez zadnych klopotow przejezdza oba odcinki. nota bene to
wlasnie kowal wygral extrem, w ktorym startowaly tylko 4 zalogi - i tylko
dwie ukonczyly calosc. po ostatnim zawodniku ma byc pokazowy przejazd
tatry, ale dla nas to koniec zabawy, zaraz beda korki przy wyjezdzie, wiec
juz nie czekamy, odpuszczamy rowniez ogloszenie wynikow, zbieramy sie i
napieramy do domu.
prysznic, prysznic i jeszcze raz prysznic ;)))
mazeno (bardzo-zadowolony-z-czarnorzek-pomimo-strat)
do 50km za free
od 50km za paliwo (diesel)
krakow 0-1044-12-6184738
bochnia 0-1044-14-6124726