"Mielibysmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich  rodzice byli
dobrze wychowani."
 - Johann Wolfgang Goethe


    Wplywu  rodziny na dziecko nie da sie zanegowac i  powaznym
bledem jest jego bagatelizowanie. Wydaje mi sie, ze mamy tu  do
czynienia  z jeszcze jedna, kolejna cuchnaca spuscizna  komuny,
komuny  krzyczacej  haslami: rodzice do fabryk,  a  dzieci  pod
opieke "spoleczenstwa". Troche tak bylo to pomyslane.

    Tyle,  ze prawie nic nie dzialalo jak trzeba. Teoria szumna
i  dumna, a zycie jak to zycie - pelne prozaicznej bidy z nedza
i tzw. socjalistycznych wypaczen. Oj, wszyscy pamietamy. Szkoly
-  kolchozy  od  uczenia,  stolowki -  kawalek  przestrzeni  od
oszukiwania  mlodego  zoladka  i  zapychania  go   byle   czym,
swietlice  -  przechowalnie, kluby dzielnicowe  -  wprawdzie  z
imponujacymi  projektami  zblizenia sie  do  zycia  podworkowej
dzieciarni,  w praktyce zatrzaskujace sie przed ta dzieciarnia,
bo  taka  rozwydrzona! No, nie wychowana po  prostu.;-(  Troche
przejaskrawiam  i  demonizuje, rzecz jasna,  ale  nie  jest  to
niestety wyobrazenie, ot tak sobie, wyssane z palca.

    Wspolpraca  szkoly  czy  innych  placowek  wychowawczych  z
rodzina  tez  pozostawiala  wiele  do  zyczenia,  chociaz  znow
oczywiscie  wybita  byla  i  to tlustym  drukiem  na  zapodanym
odgornie  papierku.  W  praktyce wzywano rodzicow  ucznia,  gdy
takowemu  odbijalo juz na maksa i "oswiatowcy" nie mogli  sobie
za  nic  z  delikwentem poradzic. Wtedy zatyranych  najczesciej
rodzicow   brano   na   tzw.  dyrektorski   dywanik   -   proba
zawstydzenia, postraszenia, a wiec wywarcia presji.

    Co  robil  po  zaciagnieciu narwanego synalka do  domu  ten
ledwo  trzymajacy sie na nogach zatyrany tata, dla przykladu  -
prosty   robociarz,   skutecznie  zawstydzony   przez   swiatle
pedagogiczne  grono? Wypil albo juz mial wypite  kila  piw  dla
kurazu  i sprawil swojej zwichrowanej latorosli ciezkie  manto.
Po  swojemu  rozprawil sie z wychowawczym problemem,  tylko  na
tyle bylo go stac. A jakos nikt w szkole niczego innego mu  nie
zasugerowal, nie mowiac juz o jakiejs doraznej pomocy ze strony
szkolnych wychowawcow.

    Rodzina jest pierwszym wychowawczym poletkiem. Nie  da  sie
tego przeskoczyc. I tej rodzinie trzeba pomoc, bo dzieje sie  w
niej  nie  najlepiej. Trudne zycie w rodzinie, to trudne  zycie
dziecka,  to najczesciej i trudne dziecko - bezwzgledna  logika
przyczynowosci. Rodzina wspolczesna uboga, ledwo wiazaca koniec
z  koncem;  rodzina  wspolczesna rozbita:  separacje,  rozwody,
powtorne  malzenstwa  albo zycie w tak zwanym  wolnym  zwiazku;
alkoholizm  w  rodzinie, tatus za kratkami, brat w dzielnicowym
gangu,  itp.,  itd., mozna by tak ciagnac ten  lancuszek  ogniw
przyczynowych w nieskonczonosc.

    Jezeli  szkola  nie  wykreca  sie  od  wychowywania,   musi
zadzierzgnac  kontakt z rodzina. Autentyczny i bliski  kontakt.
Wychowawca  musi sam znalezc odpowiedz na takie  pytania,  jak:
dlaczego  jego  uczen  zasypia  na  lekcji,  inny  zemdlal   na
gimnastyce,   a  jeszcze  inny  wagaruje  albo  jest   wsciekle
agresywny?... Bez tego nauczyciel i rodzic beda pozostawali dla
siebie  wzajemnie intruzami, a szkola i rodzina  beda  dzialaly
wbrew sobie, co za paradoks.

    Wiedziec  to  jedno, a pomoc to drugie. Niekiedy  wystarczy
zyczliwa rozmowa, kiedy indziej potrzebna jest interwencja. Tak
jest  we  Francji.  Wychowawca jest pierwszym  diagnostykiem  i
jednoczesnie  mediatorem  miedzy  rodzina  i  specjalistycznymi
stowarzyszeniami  czy  organami  takimi,  jak:   policja,   sad
opiekunczy,  poradnia psychologiczna obejmujaca  pomoca  dzieci
wraz z rodzicami, osrodki dla dzieci opoznionych w rozwoju  lub
dzieci  niepelnosprawnych,  opieka  spoleczna,  itp.  Francuska
szkola  czuwa, a czuwa, bo musi, tak dyktuje francuskie  prawo.
Gdyby  na  przyklad wyszlo na jaw, ze nauczyciel  nie  zglosil,
gdzie  trzeba  swoich  podejrzen, ze dziecko  jest  w  rodzinie
maltretowane,   zostalby   pociagniety   do   odpowiedzialnosci
cywilnej z tytulu nieinterwencji wobec przestepstwa (nie bardzo
wiem, jak sie to madrze w jezyku prawa nazywa). To samo dotyczy
lekarzy, ale to juz inna branza.

    Poznac  ucznia,  to  poznac  jego  naturalne  srodowisko  -
rodzine.  Tyle  tylko,  ze  z tego,  co  sie  ostatnio  slyszy,
wyglada,  ze  nauczycielstwo staje sie w Polsce niebezpiecznym!
zawodem.  Trudno  wiec sobie wyobrazic wychowawce  odwazajacego
sie  na  wywiad  srodowiskowy, jesli on sie juz  wlasciwie  boi
swojego  wychowanka na terenie szkoly. Co  z  tym  zrobic,  nie
wiem.  Chyba  wyprostowac wszystko, co przez  te  lata  zostalo
wypaczone,  przykladowo - utrata autorytetu nauczyciela  czy  w
ogole  szkoly - i zaczac od poczatku: stanowczo, ale zyczliwie,
krytycznie, ale konstruktywnie, pomocnie na miare, ale realnie.
Uczniowie i rodzice musza raz jeszcze szkole zawierzyc,  ze  ma
byc ona dla nich pomoca, faktycznym wychowawczym przewodnikiem,
jak rowniez szansa na lepsza przyszlosc.

    Latwo  powiedziec, gorzej z realizacja, potrzeba  chyba  na
to wielu lat. By mogla sie dokonac reedukacja rodziny, najpierw
musi  przejsc reedukacje sama szkola. Dzisiaj za  duzo  w  niej
jeszcze starych przyschnietych strupow, niezyciowych koslawosci
obok  zupelnie nowych jatrzacych sie ran. Trzeba bedzie  troche
powalczyc  o  te prawdziwie zdrowa szkole. Trudne zadanie,  nie
darmo sie przeciez mowi: "latwiej zapobiegac niz leczyc".  Mowi
sie  tez  jednak, zeby zakonczyc optymistycznie: "kazda choroba
ma swoje lekarstwo." Problem tylko teraz, by je jak najszybciej
znalezc.;-)





Magdalena Nawrocka
http://www.geocities.com/Paris/9627

Odpowiedź listem elektroniczym