[EMAIL PROTECTED] wrote:
> Nasz demokratyczny faworyt, Albercik Gore, wciaz sie nie poddaje,
> co jest rzecza godna ze wszech miar podziwu i szacunku.
>
> Na jeszcze wiekszy szacunek zasluguje gietkosc jego pogladow.
> Niedawno jeszcze glosil, iz "kazdy glos sie liczy". Ostatnio
> uznal jednak, iz nalezy uniewaznic ponad 20 tys. glosow
> w hrabstwach Seminole i Martin, bo tak mu teraz pasuje.
>
> Uwazamy, ze Amerykanie w pelni zalsuguja na wlasnie takiego,
> a nie innego prezydenta i z calego serca zyczymy Alowi Gore,
> by amerykanskie sady podeptaly wszelkie ustawy, prawa a takze
> zwykla przyzwoitosc - i przyznaly mu zwyciestwo.
>
> W koncu czy to nie wszystko jedno, ktora loza bedzie miala
> swego reprezentanta na najwazniejszym stanowisku w USA?
>
> mjw
>
===============
Panie Mirku, wlasnie zapoznalem sie przed chwila z materialem z ktorego
niezbicie wynika, ze Bush wygral wybory popularne, (Popular Vote), lecz
dopiero 6 stycznia "wlasciwy" zasiadzie w Bialym Domu lub "Bialym Knesecie".
Jestem nieco pesymistycznie nastawiony co do wyboru Busha przez popularny
wybor, bowiem Bush jeszcze ma do przebycia tzw. Kolegium Elekcyjne, ktore
(jak wiem) jest sparalizowane przez "braci jarmulkowych" i byc moze (a
wyglada na to) ze ani gore ani Bush, lecz liberman zostanie prezydentem USA
i tym samym odpowiednio "wspomoze" walczace wojska zydow na Bliskim
Wschodzie przeciwko Palestynczykom (Arabom rowniez). (O tej waznej, jak nie
najwazniejszej kwestii "osrodki masowego razenia" milcza jak groby).
Wniosek: Do czasu wyboru "wlasciwego" prezydenta USA tj. zyda-syjonisty -
nic sie nie zmieni (ani krok do przodu) sytuacja na Bliskim Wschodzie a
"budowniczowie" swiatyni beda w dalszym ciagu czekac. (stand by).
To tyle na "goraco" co mam do przekazania dnia 6 grudnia 2000 roku.
=================
jasiek z toronto